wtorek, 3 grudnia 2013

Rozdział XI ,,Interpretacja".



          Ruby zaparkowała pod wielkim domem, wybudowanym w stylu wiktoriańskim. Wyglądał na bardzo starą budowlę, a jednak idealnie skonstruowaną i zadbaną. Dziewczyna siedziała w samochodzie, trzymając ręce na kierownicy i zastanawiając się czy dobrze robi. Amber zawsze powtarzała jej, że nigdy nie należy kierować się emocjami. Ale czy to były emocje?
         Wpatrując się w piękny budynek przed sobą podjęła decyzję. Wyszła z samochodu i stanęła przed domem króla Świata Wampirów. Jej wzrok błądził po oknach zastanawiając się, które z nich należy do Johna. Nigdy nie wspominał, w której części domu znajduje się jego pokój.
         Telepatia, pomyślała. Nie spuszczając wzroku z domu zaczęła nawoływać w myślach Johna. Ale nic to nie dało. Nie miała zdolności telepatycznych i żeby skontaktować się z chłopakiem, to on musiał zacząć. Ruby zrobiła zawiedzioną minę.
         Nic tu po mnie – szepnęła, wzdychając lekko. Oparła się o marmur budynku. Rozmyślała o śnie i o tym, co on oznacza. Wystraszyła się, ze Johnowi mogło się coś stać. Jej mózg pokazywał najgorsze obrazy, jakie mogły go spotkać.
         Wiedziała, ze nie może odjechać. Musiała sprawdzić, musiała upewnić się, że nic mu nie jest. Tylko jak?
         Rozejrzała się po parceli. Nie była ogrodzona żadnym płotem. Zieleń stanowiła większość kolorów znajdujących się przed domem. Trawa była krótko przystrzyżona, obok drzwi rosły dwa krzaki, a przy rogu stało dość wysokie drzewo. Sięgało prosto do jednego z okien na piętrze.
         Jedyne wyjście, pomyślała Ruby i nieświadomie przewróciła oczami. Podeszła do drzewa. Dotknęła ręką szorstkiej kory. Chwyciła najniższą gałązkę, a nogą przywarła do pnia. Podskoczyła i chwyciła kolejną, tym razem grubszą gałąź, a jej druga noga zrobiła krok w górę. Powtarzała te czynności kilka razy, aż dotarła na koronę drzewa, stojąc na silnej gałęzi. W duchu modliła się, żeby to było te właściwe okno.
         Ostatnie podciągnięcie i udało jej się usiąść na górze drzewa. Niepewnie wyjrzała przez okno, wytężając wzrok.
         Pomieszczenie było mniej więcej wielkości pokoju Ruby. Oświetlał je jedynie światło księżyca. Mimo półmroku jaki tam panował, nastolatka zdołała zauważyć wielkie łóżko na samym środku i otaczające je z dwóch stron szafki nocne. W rogu stała wysoka szafa, a na drewnianej podłodze leżał dywan, tak jasny jak ściany pokoju. Ruby pochyliła się bliżej okna. Nawet jeśli był to pokój Johna, był pusty.
         Ale co miałby robić wampir w środku nocy, jak nie siedzieć w swoim pokoju?
         Ruby ogarnęła fala poczucia winy. Była już pewna tego, co oznaczał sen. Przecież Claus groził jej, że zrobi krzywdę Johnowi. A ona mogła temu zaradzić. Mogła, ale nie zaradziła.
         Czuła jak oczy zaczynają piec. Starała się pozbierać myśli, przecież to, że go nie ma w pokoju, nie oznacza, że coś mu się stało. Przecież może jeszcze wrócić.
         Siedziała na drzewie długo. Obserwowała jak blask księżyca powoli zamienia się w promienie słoneczne. Na razie było widać tylko małe półkole, które z każdą minutą podnosiło się w górę. Ruby chciała już dawno wrócić do domu. Ale nie mogła. Czuła się jak sparaliżowana. Nie mogła się podnieść, co dopiero zejść z drzewa i pojechać do domu. Patrzyła pustym wzrokiem na swoje trampki.
         Nie wiedziała, że to możliwe, ale gdy siedziała na drzewie jej mózg jakby się wyłączył. Przestała myśleć. Miała pustkę w głowie. Bała się, że gdy zacznie myśleć, jej mózg przechwyci wszystkie obawy nastolatki.
         I nagle do jej uszu dotarło to, co chciała usłyszeć.
         - Ruby? – jedno słowo wypowiedziane przez kogoś na dole, a Ruby gwałtownie się obróciła, omal nie spadając z drzewa. Szybko spojrzała na dół. Chociaż nawet nie musiała, dokładnie znała ten głos. Nigdy nie sądziła, że, gdy usłyszy Johna Temple wymawiającego jej imię, prawie zemdleje.
         - J-o-o-hn – szepnęła. Stał tam. Ubrany w jeansy i skórzaną kurtkę, z rękami w kieszeniach, mrużył lekko błękitne oczy spoglądając na Ruby. Dziewczyna uśmiechnęła się. – O Boże, John to ty.
         W jednej chwili chłopak zniknął z trawnika, a w drugiej znalazł się na drzewie, tuż obok Ruby. Dziewczyna spojrzała na niego. Nie miał żadnych sińców czy zadrapań. To co poczuła w tamtej chwili, było nie do opisania. Ulga. Chwyciła go za ramiona i przytuliła tak nagle, że John drgnął, a po chwili położył rękę na jej biodrze i wtulił się w jej włosy.
         - Co się stało, Ruby? – zapytał spokojnie.
         Ruby nie odpowiedziała. Czuła się tak bezpiecznie. Zamknęła oczy, chcąc by ta chwila trwała jak najdłużej. Po jej policzku spłynęła samotna, słona łza. Siedzieli wtuleni przez kilka minut, aż Ruby delikatnie odsunęła się i wytarła kroplę cieczy grzbietem dłoni.
         - Chodź – powiedział John stając i wyciągając rękę. – Przemarzłaś.
         Ruby chwyciła dłoń chłopaka i podążyła za nim. Nie potrafiła nic powiedzieć, ale dopiero teraz zauważyła, ze jej skóra zrobiła się sinoniebieska, a palce zdrętwiały. Nie pamiętała jak, ale odzyskała świadomość dopiero wtedy, gdy usiadła na łóżku w pokoju chłopaka. Dopiero teraz zauważyła, że szafki były zrobione z ciemnego drewna, ozłacanego po bokach, a ściany nie były białe, tylko jasno zielone.
         - Jak cię czujesz? – zapytał, siadając obok Ruby. Chwycił jej dłonie i powoli rozłączył, wręczając jej kubek z ciepłą zawartością. Dziewczyna spojrzała niepewnie na kubek, ale po chwili podniosła go i upiła łyk. Od razu poczuła ciepło rozchodzące się po jej organizmie.
         - Dobrze – powiedziała z lekkim wahaniem. – Dzięki.
         Zapadło milczenie. Ruby słyszała swój własny oddech. Spojrzała na elektryczny zegar na szafce nocnej, który wskazywał 4:56. Zaczęła się zastanawiać, czy źle zinterpretowała swój sen, czy po prostu był to zwykły koszmar, nie ten proroczy.
         W każdym razie, musiała się dowiedzieć, co Claus zamierza. Postanowiła przerwać głuchą ciszę panującą w pokoju, ale John chyba chciał zrobić to samo.
         - Gdzie byłeś w środku nocy?
         - Co robiłaś pod moim domem?
         Wypowiedzieli to w tym samym czasie i sens ich słów zmieszał się ze sobą. Ruby zaśmiała się cicho, a zaraz po niej zrobił to John.
         - Ty pierwsza.
         Ruby odstawiła kubek na szafkę, po czym pożałowała tej decyzji, bo cokolwiek było w środku, ocieplało jej palce.
         - Gdzie byłeś?
         Chłopak przestał się uśmiechać, tylko uważnie spojrzał w oczy Ruby.
         - Na polowaniu – powiedział tonem nieco głośniejszym od szeptu.
         Ruby poczuła wyraźną ulgę.
         - Ruby.. – zaczął, po czym nagle zamknął usta. Zaczął wpatrywać się w ścianę. Po chwili spojrzał na Ruby, otworzył usta, po czym znowu ja zamknął i pokręcił głową.
         - Tak, John? – powiedziała dziewczyna, żeby zachęcić go do dokończenia.
         - Ja.. – zaczął, po czym znów pokręcił głową. – Nieważnie.. To co robiłaś na drzewie?
         Uśmiechnął się delikatnie. Ruby zastanawiała się co odpowiedzieć. Bo przecież ,,Mój ojciec wspominał coś, że cię zabiję, więc poszłam sprawdzić czy jeszcze żyjesz” nie brzmiało najlepiej. A jeszcze cała historia i spotkaniu Clausa i tajemniczym śnie..
         - Możesz mi zaufać, Ruby – powiedział, delikatnie i niepewnie dotykając końcówkami palców ręki dziewczyny. Ruby zadrżała.
         - Wiem – szepnęła pewnie. – To tylko trochę skomplikowane.
         - Mamy czas – odparł.
         Ruby nie opowiedziała o tym nikomu. Ani Amber, ani Victorii, ani Nickowi. Wiedziała, że może całej tej trójce ufać, ale jednak nie powiedziała im. Mówiąc Johnowi, iż wie, że może mu zaufać, mówiła prawdę. Przecież byli ze sobą w jakiś tam sposób połączeni, nawet jeśli to kwestia losu. Ale ufała mu i czuła się bezpiecznie przy nim.
         Opowiedziała mu o wszystkim. Zaczęła od wieczora, w którym spotkała Clausa. John wściekł się na siebie, że nie odprowadził Ruby do domu. Dziewczyna tłumaczyła mu, ze to nawet dobrze, bo przynajmniej wiedzą, kto stoi za zabójstwami. Później opowiedziała mu o Nicku. John nie bardzo był do niego przekonany, ale ucieszył się (o ile można to tak nazwać), gdy usłyszał, że Nick nauczy Ruby zaklęć. Ostatnim i chyba najtrudniejszym do opowiedzenia, był sen. Nastolatka starała się opisywać go jak najbardziej szczegółowo. Zaskoczyło ją tylko, że John nie zdziwił się, gdy powiedziała, że oczy w śnie były niemal identyczne jak jego. Niemal, bo może i kolor i kształt był ten sam, ale to co się w nich malowało nie było ani trochę podobne to tego, co można by wyczytać z oczy chłopaka.
         Ruby powiedziała też o swoich podejrzeniach. Trochę głupią jej było, gdy wspominała, że jej pierwszym skojarzeniem było, iż Johnowi mogła się stać jakaś krzywda. Ale chłopak w skupieniu słuchał uważnie jej wszystkich uwag.
         - Jesteś najdzielniejszą osobą, jaką znam – wyznał, gdy powiedziała mu, dlaczego czekała pod jego domem.
         Ruby tylko lekko się uśmiechnęła i kontynuowała swoją wypowiedź. 
         - Czy on mną manipulował? - zapytała, kończąc opowieść.
         - Tak mi się wydaje. To raczej oczywiste - podrapał się po czole. - Pytanie tylko, po co?
         Też chciałabym to wiedzieć,  pomyślała Ruby, podpierając twarz o swoje zaciśnięte dłonie. Patrzyła przed siebie zastanawiając się and tym wszystkim. Po co? Ale później główne pytanie zmieniło się na ,,Czy zrobiłam to, czego Claus oczekiwał?". Bała się o chłopaka o nieziemsko błękitnych oczach, chociaż wiedziała, ze jest on o wiele silniejszy niż ona. Ale kilkusetny wampir sam powiedział, ze jest do niego za cenna, by umierać.
         - Więc Claus wrócił – z zamyśleń wyrwał ją John, mówiąc bardziej do siebie niż to dziewczyny.
         - Tak – przytaknęła Ruby. – Znasz go?
         John odwrócił twarz w stronę Ruby i cicho się zaśmiał.
         - Nie, nie jestem taki stary – machnął ręką. – Ale sporo o nim słyszałem.
         Ruby chciała Johna o coś zapytać, ale nie miała pojęcia czy to właściwa pora. Przygryzła wargę, żeby nic jej się nie wymsknęło. Patrzyła na chłopaka i coraz bardziej się zastanawiała nad tą sprawą.
         - Ile masz lat? – nie wytrzymała i powoli zadała pytanie.
         John spojrzał na nią.
         - Nie jestem żadnym XVI-wiecznym wampirem, jeśli to masz na myśli – wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Urodziłem się w XX wieku.
         Ruby wypuściła powietrze, zdając sobie sprawę, ze je wstrzymywała. Cieszyła się, ze chłopak nie uraził się tym pytaniem. No cóż, nie często ktoś mu je zadawał.
         - A dokładniej? Kiedy się urodziłeś? – zapytała zaciekawiona.
         - Siódmego lipca tysiąc dziewięćset trzynastym roku – odpowiedział z dumą, widocznie rozbawiony.
         - Masz równo sto lat?
         - Nie całkiem, mamy październik, Mam sto lat i trzy miesiące.. – przerwał i ukazał śnieżnobiałe kły w uśmiechu.
         - Czemu cię to tak bawi? – zapytała Roby widząc, jak chłopak z trudem opanowuje się od wybuchnięcia śmiechem. Stłumiał go przygryzając dolną wargę, ale jego oczy nie mogły ukryć rozbawienia.
         - Nie uważasz, że to trochę dziwne? – odpowiedział jej pytaniem i widząc pytający wzrok, dodał: - Czujesz odrazę do tego świata, a jednocześnie nie boisz się zostać sam na sam z stuletnim wampirem.
         Ruby zamrugała kilkakrotnie. Czuła się zbita z tropu. Sama jestem wampirem, pomyślała. Wydarzenia z całego miesiąca dały jej do zrozumienia, że nie każdy wampir jest zły, jak ta dwójka zwolenników Clausa i jak sam Claus.
         - Ty jesteś inny – powiedziała bez wahania. – I chyba zdałam sobie sprawę, że źle robiłam, czując nienawiść do twojego świata.
         - Zrozumiałaś to, gdy odkryłaś, że jesteś w połowie wampirem? – zapytał, patrząc prosto w jej oczy.
         - Nie – odpowiedziała zapatrzona w błękitne diamenty okolone długimi rzęsami. – Zrozumiałam to, gdy poznałam ciebie.
         John spojrzał na nią i przestał się uśmiechać. Uważnie badał jej wzrok. Rozchylił lekko usta, wydawał się zaskoczony jej odpowiedzią.
         Bariera kilkunastu centymetrów, która dzieliła ich twarze, została tak nagle przerwana. Ruby zobaczyła, jak John zamyka oczy i pochyla się do przodu. W jednej sekundzie dziewczyna poczuła jego ciepłe wargi na swoich. Wślizgnęła swoją rękę pod jego szyję, natomiast jego ręce chwyciły  jej talię i lekko pociągnęły. Dziewczyna czuła jak sama lekko drży. Usta Johna, ciepłe, a zarazem wilgotne, były dla Ruby czymś niesamowitym. Czymś z czym nie chciała się rozstawać. Ich pocałunek stawał się coraz bardziej zachłanny. Nastolatka chciała, by ta chwila trwała wiecznie. Nieświadomie uśmiechnęła się, nie przerywając pocałunku.
         - Ruby..
         Ruby lekko odchyliła się i spojrzała w oczy chłopaka. Nigdy nie widziała u nikogo takiego błękitu. Uśmiechnęli się w tym samym czasie i w tym samym czasie znowu pochylili się, łącząc swoje usta. Powoli i delikatnie kosztowali warg, by później pogłębić pocałunek. Ruby zacisnęła palce na karku Johna, a raczej wbiła pazury w jego skórę. Chłopak cicho jęknął. Ich usta był do siebie stworzone, idealnie odgrywały scenę pocałunku. Żadne z nich nie chciało tego przerwać.
         Ale niestety wszystko co dobre, szybko się kończy.
         Z pocałunku uwolnił ich dźwięk telefonu, dochodzący z kieszeni nastolatki. Początkowo dziewczyna nie zamierzała przerywać pocałunku, by odebrać telefon, ale John lekko odchylił swoją głowę, składając na ustach Ruby ostatni, krótki pocałunek. Chłopak uśmiechnął się szeroko i widząc oburzoną minę nastolatki, pochylił się i pocałował ją w czoło.
         - Odbierz – polecił, siadając obok i uważnie wpatrując się w jej twarz.
         Ruby ironicznie wykonała oczami półkole, po czym wyjęła telefon z kieszeni. Zdała sobie sprawę, że była w pidżamie i jedyne co zasłaniało bladoniebieski materiał, to skórzana kurtka. Telefon wibrował jej w ręce. Szczerze, miała ochotę cisnąć urządzeniem w ścianę.
         - Halo? – powiedziała szorstkim głosem, nie patrząc na wyświetlacz. Zastanawiała się, kto przerwał jej jedną z najlepszych chwil życia.
         - Ruby? – odezwał się znany jej głos.
         - Nick? – zapytała zaskoczona. - Co ty..
         - Ruby, słuchaj mnie. Gdziekolwiek teraz jesteś przyjeżdżaj szybko do domu! – chłopak mówił spokojnie, ale w jego głosie słychać było wyraźną nutę strachu i zawachania – Albo nie, Ruby, nie ruszaj się stamtąd, rozumiesz? Nie możesz być sama. Gdzie jesteś, zaraz po ciebie przyjadę.
         - Nie jestem sama, Nick – szepnęła Ruby spoglądając na Johna, który w skupieniu nasłuchiwał. – Nie martw się o mnie, zaraz będę.
         - Przyjeżdżaj, jak najszybciej.. Boże..
         - Nick, co się dzieję? – zapytała coraz bardziej przerażona.
         - Nie, zostaw to! – odezwał się Nick, ale jego głos był oddalony od słuchawki telefonu. Mówił to kogoś, kto z nim był. Przez chwilę było słychać jedynie szum, a po chwili inny głos odezwał się z słuchawce.
         - Ruby? Boże, Ruby, tu jest krew! Pełno krwi, przyjeżdżaj, błagam, przyjeżdżaj! – Ruby usłyszała przerażony głos swojej najlepszej przyjaciółki.
         - Victoria, co się dzieje? – zapytała podnosząc się z łóżka.
Ale odpowiedziała jej jedynie głucha cisza.

poniedziałek, 25 listopada 2013

Rozdział X ,,Błękit".



         Czarne oczy chłopaka zmierzyły Ruby od stóp po głowę. Między nimi powstała bariera niecałego metra, którą złamał czarnowłosy, gdy przybliżył się do dziewczyny.
         - Nicholas Bishop, mów mi Nick – powiedział podając dłoń nastolatce. Ta spojrzała na nią i niepewnie uścisnęła.
         - Ruby Mallory, mów mi – wywróciła oczami, unosząc kąciki ust do góry. – Ruby.
         Nick uśmiechnął się, ukazując dołeczek w policzku.
         - Więc mam cię teraz bronić, tak? – zapytał.
         Ruby stanęła przed murkiem. Oparła o niego ręce, przerzucając na nie swój ciężar. Usiadła na zimnych kamieniach zdobiących metrowy mur. Spojrzała prosto w oczy swojego towarzysza. Miały naprawdę głęboką czerń.
         - Siadaj – powiedziała klepiąc miejsce obok siebie.
         Nick zgodnie z jej poleceniem zajął wskazane miejsce.
         - Gabrielle to twoja matka? – zapytała Ruby, odwracając twarz do siedzącego obok Nicka.
         Jego oczy zmrużyły się lekko, gdy patrzył przed siebie na zachodzące słońce. Niebo miało różne barwy, zaczynając od błękitnego, po fiolet i róż, a kończąc na pomarańczy. Stara budowla, w której odbywała się rada, stała na końcu muru. Ścieżka prowadząca od drzwi ciągnęła się zawijasami, aż znikała za jednym z pagórków po sąsiedniej stronie. Nie było ani zimno, ani ciepło. Wiatr lekko otulał ich twarze.
         - Tak – odpowiedział, nie odwracając wzroku z zachodzącego słońca.
         Ruby kątem oka zerknęła na jego profil. Jego oczy okolone były bardzo długimi rzęsami, ciemne włosy tworzyły artystyczny nieład, a pełnie usta miał lekko otwarte.
         - Nie jest za młoda na radę? – zapytała siedemnastolatka. – Znaczy.. Wiesz, reszta uczestników ma chyba z setkę na karku..
         Kąciki jego ust powędrowały do góry. Odwrócił do niej głowę i spojrzał rozbawiony w jej oczy.
         - Szczerze, też mnie to dziwi – powiedział. – Ale twojej babci zależało, żeby trafiła do rady.
         - Czemu?
         Nick potrząsnął ramionami.
         - Królowa przyjaźniła się z moją babką. Gdy umarła, poprosiła moją mamę o dołączenie do rady. Wspominała cos o pochodzeniu i mocy.
         - Może wasza rodzina ma jakieś zdolności, które mogą się przydać?
         Nick ponownie ukazał dołeczek w policzku i pokiwał głową.
         - Możliwe – przytaknął szczerząc zęby. – ja na przykład fantastycznie gotuje.
         Ruby zachichotała.
         - Nie o to mi chodziło – powiedziała. – Ale skoro masz być teraz moim prywatnych ochroniarzem, chyba będę zmuszona spróbować, któregoś z twoich dań.
         Oboje się zaśmiali.
         Siedzieli teraz w ciszy. Ich wzrok skupiał się na zachodzącym słońcu. Rzadko można było spotkać tu taki widok. Pomarańczowa półkula na tle fioletowo-różowego nieba. Ogromne budynki Los Angeles wydawały się przy słońcu maciupeńkie. Ruby po raz pierwszy nie myślała o Clausie. Nikomu nie powiedziała o spotkaniu z nim i nie zamierzała tego robić. Ale teraz jej myśli skupiały się na mocach. Dawno nie używała magii. Ostatni raz było to wtedy, gdy sporządzała eliksir prawdy. Ale nie pamiętała kiedy rzucała jakieś zaklęcia.
         - Zawsze chciałam nauczyć się przenosić rzeczy bez ich dotykania – szepnęła wzdychając. – Prosiłam Amber żeby mnie nauczyła. Obiecała, ze kiedyś to zrobi, ale zawsze odkładała to na późniejsze terminy, aż w końcu.. – urwała. – To głupie..
         - Wcale nie jest głupie – powiedział Nick, odwracając twarz w stronę dziewczyny. – To bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza jak się jest już zmęczonym. Chociaż w sumie zawsze się przyda. Nawet do obrony..
         - Do obrony?
         - No tak – przytaknął. – Wyobraź sobie, że stoisz tak bezbronnie, sam na sam z kimś kogo się boisz – Ruby przeszedł dreszcz. Jej myśli znowu powędrowały do dnia, w którym spotkała Clausa. Bezbronna, sama, z kimś, kogo się boi..
         - No i gdy nie masz koło siebie żadnej rzeczy, którą mogłabyś się obronić – ciągnął chłopak. – to jedynym ratunkiem jest zdobycie broni. – Ruby przełknęła głośno ślinę. Przypomniała sobie jak szukała czegoś, czym mogłaby się bronić, ale w zasięgu wzroku znajdowały się tylko liście. – Wtedy skupiasz się na danej rzeczy i ją przywołujesz. Masz więcej szans na ratunek. No, ale to był tylko przykład.
         Źrenice oczu Ruby gwałtownie się powiększyły. Nie widziała tego, ale czuła. Może to częściowo dlatego, ze na dworze robiło się coraz ciemniej, a może przez fakt, że zdała sobie sprawę, ile jeszcze musi się nauczyć, by wygrać walkę z Clausem. Znała kilka zaklęć obronnych i atakujących. Ale były one zdecydowanie za słabe.
         Jej jedynym nauczycielem była Amber. Pokazała jej podstawy zaklęć. Ale nigdy nie miała czasu by pokazać cos jeszcze. A Ruby nigdy nie chciała tego. Nie zdawała sobie sprawy, jakie to może być przydatne, aż do teraz. Poczuła wstyd na samą myśl, że jako księżniczka Świata Czarownic nie ma zbyt wiele wiedzy na temat magii.
         - Ruby? – głos Nicka wybudził ją z zamyślenia.
         Dziewczyna podniosła na niego wzrok. Jego czarne oczy znajdowały się kilkanaście centymetrów od niej. Widziała w nich troskę.
         - Naucz mnie, Nick – szepnęła.
         Chłopak na ułamek sekundy wydawał się być zaskoczony, ale szybko kąciki jego ust powędrowały do góry.
         - Nie ma sprawy, księżniczko – powiedział lekko rozbawiony.
         - Mówię poważnie. Chce się nauczyć tego.. Tego i wielu innych rzeczy..
         - Na przykład? – zapytał unosząc brew w górę.
         - Na przykład rozpalać ogień bez pomocy zapałek, zmieniać pogodę z deszczu na śnieg lub z gradu na słońce, sprawiać, by drzewa szybciej rosły, a zwiędłe kwiaty znów tętniły życiem i zatańczyć z wodą taniec, w którym to ja będę prowadziła – odpowiedziała wyobrażając sobie wszystkie z sytuacji.
         Nick wpatrywał się w Ruby z zaciekawieniem.
         - Igrasz z żywiołami – powiedział cicho nie odrywając wzroku od oczy siedemnastolatki,
         - To źle? – zapytała równie cicho.
         Chłopak oderwał od niej wzrok i spojrzał na małe, pomarańczowe półkole. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, wiatr coraz bardziej szalał, a temperatura znacznie zmalała.
         - Nie – odpowiedział. – to chyba dobrze. Znaczy.. – zawahał się. – wiesz, moja babka kiedyś mi mówiła o żywiołach. Ponoć każdy ma talent do jednego z nich. Powiedziała, że sama uważa, że woda stanowi jej największe zainteresowanie i najbardziej sobie z nią radzi. To już płynie w twojej krwi i nie da się tego zmienić. Jeden żywioł jest jakby twoją cząstką – westchnął. - Ale wiesz.. Ona lubiła różne historyjki, które opowiadała mi jak byłem dzieckiem. Myślę, ze to jedna z nich.
         - Brzmi całkiem racjonalnie – Ruby wzruszyła ramionami. – Ona uczyła cię magii? Twoja babka?
         - Tak – kiwnął głową. – Od dzieciństwa wpajała mi jakieś formułki zaklęć, uczyła łaciny i opowiadała różne legendy o walecznych czarodziejach.
         Ruby pomyślała, że sama nigdy tak nie miała. Wychowywała ją Amber, która poświęcała się bardziej Światu niż wnuczce. Wprawdzie nauczyła ja kilku zaklęć, ale o wiele mniej niż babka Nicholasa.
         - Wiec jak? – zapytała Ruby z nadzieją.
         Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
         - Więc najpierw przesuwanie przedmiotów, tak?
         Ruby zaśmiała się cicho. Kiwnęła głową na znak, że zgadza się.
         - Kiedy pierwsza lekcja? – zapytała rozbawiona.
         Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu i otworzył usta, by odpowiedzieć, ale w tej samej chwili ciężkie drzwi katedry otworzyły się. Naprzodzie stanęła Amber, jak zawsze z uniesioną głową. Za nią niska Cassandra i Gabriella. Ruby zauważyła, ze matka Nicka jedyna w radzie wygląda zdrowo i młodo, ze swoimi czarnymi, lśniącymi włosami, drobną twarzyczką i ciekawymi oczami. Za nią stało ośmiu innych czarowników i czarownic, wszyscy wpatrzeni w nastolatków.
         Ruby i Nick zeskoczyli z muru i skierowali się w stronę rady. Szli za nimi, na samym końcu w ciszy. Ciekawy dzień, pomyślała Ruby.



*


         Tej nocy Ruby nawiedził kolejny dziwny sen. Ale nie był taki jak poprzednie. Wydawał się być realny, prawdziwy, jakby dział się naprawdę właśnie w tej chwili. Siedemnastolatka nie była oglądaczem. Nie było tak, jak podczas snu, gdy widziała zabójstwo czarownicy. Tym razem ten sen był o niej samej. O Ruby.
         Szła ciemną uliczką. Księżyc zakrywały chmury, tak, że nie było żadnego oświetlenia w tym miejscu. Ale Ruby je poznawała. Uliczka, na której tydzień temu spotkała Clausa. Poznała to może po zarysach wysokich drzew, a może instynkt czarownicy podpowiadał jej o tym. Ale było inaczej. Wszystko przybrało czarny kolor. Nie było wiatru jak poprzednio. Panowała grobowa cisza, który od czasu do czasu przerywały kroki dziewczyny. Nie wiedziała dokąd iść, nie miała pojęcia co tu robi i co na nią tu czeka.
         I kiedy myślała, że nic się nie stanie dobiegł ją cichu, zachrypnięty głos. Ciarki przeszły wzdłuż kręgosłupa, a serce zamarło na ułamek sekundy.
         Ruby, Ruby…
         Odwróciła się na pięcie, w stronę, z której dobiegał szept. Ale nic, poza niewyraźnymi rysami drzew, nie zauważyła. Przerażało ją to, że nic nie widzi. Zupełnie jakby stała się niewidoma. Mrok nie był jej najlepszą stroną.
         Ruby…    
         Nie, pomyślała. Głos dochodził z zupełnie innej strony. Zwinnym ruchem odwróciła się w tę stronę, a znowu zastała ciemność. Żadnego ruchu.
         - Kim jesteś?! – krzyknęła. Wyczuła w swoim głosie strach i miała nadzieję, ze ten ktoś tego nie usłyszał.
         Na początku odpowiedziała jej głucha cisza. A potem tak nagle otoczył ją głęboki śmiech. Już nie przypominał szeptu, wręcz przeciwnie. Brzmiało to tak,  jakby śmiał się z naprawdę dobrego kawału. Ale Ruby wiedziała, że to coś chce wyprowadzić ją z równowagi. Nie dam się, pomyślała zaciskając dłonie w pięści, jakby wyrażała gest, że zamierza walczyć.
         - Pokaż się, tchórzu – syknęła. Śmiech odbijał się echem, ale robił się coraz bardziej cichu. Ruby kręciła się w kółko. Nie wiedziała, z której strony wyjdzie. Usłyszała jakiś szelest za sobą i gwałtownie się odwróciła. Ale tak jak się spodziewała, zobaczyła tylko czarną plamę nieba. I nagle znowu, ktoś za nią się poruszył. Odwróciła się wolniej, myśląc, że i tak zastanie tam tylko mrok. Ale się pomyliła.
         Na czarnym tle pojawiły się dwie plamy. Miały owalny kształt i kolor kości słoniowej, która świetnie kontrastowała z ciemnym niebem. Pomiędzy nimi znajdował się jeszcze kawałek mroku, ale nie były mocno oddalone od siebie
         Ruby próbowała zobaczyć coś jeszcze, ale jedyne co jej wzrok wychwycił to dwie, nieduże plamki. Zmrużyła oczy i nieświadoma zrobiła krok do przodu w ich stronę. Znowu panowała grobowa cisza. Ten kształt.. Oczy, pomyślała.
         Rzeczywiście, gdy podeszła nieco bliżej zdała sobie sprawę, ze dwie jasne plamki to zamknięte oczy. Wpatrywała się w nie z zaciekawieniem. Nie widziała rzęs, czyli musiały być czarne i utopiły się w kolorze nieba.
         - Otwórz – powiedziała Ruby starając się, by jej głos brzmiał stanowczo.
         Powieki lekko zamrugały, a po chwili gwałtownie otworzyły się.
         Ruby odskoczyła z przerażenia. Nie spodziewała się tego, co zobaczyła. Potrzebowała Kiku sekund, żeby do jej mózgu dotarło to, co ujrzała.
         Bo zamiast szarych oczu, przepełnionych złem i czymś, czego nie można opisać, zobaczyła, których spodziewała się zobaczyć, zobaczyła coś zupełnie innego.
         Błękitne oczy błyszczały niczym diamenty na ciemnym tle. Były piękne, a zarazem niepokojące. Te oczu Ruby pamiętała zupełnie inaczej. Nigdy nie widziała w nich pogardy i tego czegoś, co było w oczach Clausa. Ale to nie były szare oczy jej ojca. To były błękitne oczy kogoś innego. Kogoś, kogo Ruby ostatnio wzięła, za kogoś ważnego w jej życiu.
         Nie, to nie możliwe, pomyślała. Ale oczy lśniły i błyszczały niebezpiecznie, a chłód jaki w nich panował przeszywał Ruby, tak, ze poczuła gęsią skórkę na swoich ramionach.
         Ruby…
         Nie! Nie, słyszysz? Zostaw mnie! – krzyknęła. – Wiem, ze to ty Claus! Nie nabiorę się na to, próbuj czegoś innego! Jesteś tchórzem i głupcem, myśląc, ze w to uwierzę. Pokaż się, Claus, no pokaż. Pokaż prawdziwego siebie!
         Ale nic się nie zdarzyło. Nie wyszedł Claus, wpatrując się w Ruby swoimi szarymi oczami, tak jakby chciała teraz Ruby. Natomiast błękitne oczy zamrugały, jakby dawały jakiś znak, którego Ruby nie potrafiła odczytać.
         - Nie… - szepnęła, patrząc prosto w piękne oczy. – Nigdy się do ciebie nie przyłączę, Claus. Nigdy!
         I nagle błękitne oczy zamknęły się, a jasne plamki znikły. Ruby ogarnęła ciemność i głucha cisza.
Ruby…
         Obudziła się tak nagle, jak nagle zdała sobie sprawę, że to był tylko sen. Ciemna uliczka zamieniła się w nieoświetlony pokój, a tam, gdzie znajdowały się błękitne oczy stała lampa nocna, rozgałęziona jak drzewo. Szepty zamieniły się w wiatr, który wpadał do pokoju przez otwarte okno, kołysząc białe zasłony.
         Ruby uniosła się z łóżka i podeszła do okna. Zegar przy jej łóżku wskazywał 2:38. Przetarła zmęczone oczy, które ożywiły się pod wpływem zimnego wiatru muskającego twarz dziewczyny. Zamknęła okno wpatrując się w niebo. Nie było tak czarne jak w śnie. Może dlatego, że wielki bananowy księżyc oświetlał je, a może dlatego, iż było tyle jasnych gwiazd, które niemal zlewały się w jedną, dużą plamę. W każdym razie nie wydawał się tak przerażający jak sen. Sen, pomyślała Ruby i próbowała przypomnieć sobie każdy jego szczegół.
         - To był Claus – powiedziała cicho na głos, sama do siebie, jakby pomagało jej to pozbierać myśli. I jego słowa, które wypowiedział tydzień temu, gdy się spotkali: ,, Jak nazywał się ten chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś? John Temple, tak. Masz być gotowa z odpowiedzią, kiedy do ciebie przyjdę następnym razem. Zastanów się nad tym dobrze, bo nie każde wampiry są nieśmiertelne..”
         Włoski na karku zjeżyły się, a dreszcz przeszedł po plecach. Te oczy.. Claus nie pokazywał swoich oczu, pokazywał oczy Johna. Tak, tylko on ma takie błękitne, błyszczące jak diamenty, pomyślała Ruby. Manipuluje mną, powiedział jakiś głos w jej umyśle. On potrzebuje pomocy, odezwał się drugi.
         Prorocze sny, szepnął któryś z nich. Ruby zastanawiała się, co ten sen oznacza. Nie czuła już zmęczenia i nawet jeśli chciałaby zasnąć – nie udałoby się jej to. Czułą nagły przypływ adrenaliny, była pobudzona, jakby wypiła kilka filiżanek kawy. Nie mogła opanować trzęsienia i dygotania ciała. Nie ze strachu, ale z troski.
         A jeśli ten sen to oznaka? – zapytała głosem nieco głośniejszym niż szept. Mówiła na glos, jakby chciała, żeby nagle ktoś jej odpowiedział. Ale stała sama przy oknie, w swoim pokoju. Claus szepcący imię Ruby.. A może to John je szeptał? Nie widziała przecież postaci Clausa, ale czuła zło, które towarzyszyło jej w śnie. I widziała oczy Johna. A on przecież nie jest zły, pomyślała, nawet jako wampir, jest dobry.  To musiał być Claus. – Manipuluje mną – szepnęła przypominając sobie głos w jej umyśle. – Chce, żebym myślała, że to John jest tym złym.. Chce sprowadzić mnie na złą stronę, na jego stronę..
         Im bardziej się nad tym zastanawiała tym gorzej rozumiała. Błękitne oczy były przepełnione złem. Ale takie oczy nie istnieją. Nie ma ,,złych oczu Johna”. Nawet gdy chłopak zezłościł się na Ruby, jego oczu, choć wyrażały gniew, nie wyrażały zła. On był dobry..
         Dopiero ten sen uświadomił Ruby tak wiele. Wiedziała, ze to nie powinien być jego skutek, ale zrozumiała go inaczej niż miała.
         Wiedziała już co chce zrobić.
         Na bladoniebieską pidżamę zarzuciła skórzaną kurtkę. Założyła buty i chwyciła kluczyki samochodu. Powoli schodziła po schodach, omijając skrzypiące panele. Cicho ominęła salon. Gdy otworzyła drzwi wejściowe, od razu wiatr chlasnął jej twarz. Otrząsnęła się z zimna i wyszła na ciemną ulicę.
         Weszła do samochodu, przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła w stronę jego domu.

środa, 13 listopada 2013

Rozdział IX ,,Obrońca".



- Ruby, słuchasz mnie? – ręką Victorii machała przed oczyma siedemnastolatki. Ruby spojrzała na swoją przyjaciółkę.        
- Tak, tak, przepraszam cię – szepnęła.
Victoria wpatrywała się w Mallory z troską w oczach. Siedziały na łóżku w pokoju wilkołaka. Ruby starała się słuchać opowiadań przyjaciółki, ale jej myśli błądziły do wydarzenia z wczorajszego wieczoru. Próbowała przetrawić tę myśl. Claus wrócił. Jej ojciec zabija niewinne czarownice jak kilkanaście lat temu. Jej ojciec chce, żeby dziewczyna przyłączyła się do niego. Jej ojciec pragnie władać wszystkimi światami. I Ruby czuła, ze tylko ona jest w stanie temu zaradzić.
 - Wydajesz się jakaś nieobecna – powiedziała Victoria przekręcając lekko głowę.
- Przepraszam, jestem trochę zdenerwowana… zdenerwowana balem.. – skłamała Ruby, starając się by jej głos brzmiał naturalnie. Spojrzała wyczekującą na srebrnowłosą.
 - Jeszcze miesiąc…
- Tak, wiem – odpowiedziała szybko. – Ale organizacja i tego typu.. sama rozumiesz..
Victoria patrzyła na nią nieufnym wzrokiem, ale po chwili się uśmiechnęła.
 - Z kim pójdziesz? Twarz Victorii rozpromieniła się. Zawsze z Ruby wyczekiwały balu z wielką determinacją, ale teraz Mallory miała ważniejsze sprawy na głowie. Nie chciała dać po sobie poznać, ze jest zajęta czymś zupełnie innym niż planowanie z kim pójdzie na bal, więc lekko uśmiechnęła się do przyjaciółki.
- Jeszcze nie wiem – wzruszyła ramionami. – Słuchaj muszę już iść, bo Amber planuje zwołać spotkanie rady. Podniosła się z łóżka i przytuliła Victorię.
- Do jutra – powiedziała srebrnowłosa. – I… Ruby, uważaj na siebie.
Ruby skinęła głową i uśmiechnęła się do przyjaciółki szepcząc coś na pożegnanie. Poprawiła torbę, spadającą z jej ramienia i wyszła z pokoju wilkołaka.
- Ruby, wychodzisz już? – zapytała mama Victorii krzątając się po kuchni. Wyglądała prawie identycznie jak Victoria. Miała długie, platynowe włosy i fiołkowe oczy. Gdyby ktoś jej nie znał, mógłby ją wziąć za uczennice liceum. Była bardzo miła i czasami Ruby wydawało się, że mama zastępuje jej matkę. –
Tak – powiedziała siedemnastolatka – Do widzenia, pani Brown.
- Pa, kochanie – uśmiechnęła się delikatnie kobieta. Ruby odwzajemniła uśmiech i ruszyła w stronę drzwi.


*


Rada czarownic składała się z dziesięciu członków oraz królowej. Ruby nigdy wcześniej nie była na żadnym spotkaniu, ale tym razem babka kazała jej przyjść, mamrocząc, ze to wyjątkowo ważna sprawa. Rada odbywała się w opuszczonym, starym pałacu, który bardziej przypominał kościół na przedmieściach Los Angeles. Budowla przypominała styl romański, chociaż specjalnie nie została tak wybudowana. Gdy Ruby i Amber weszły do środka, ogarnął je chłód, przyprawiający siedemnastolatkę o gęsią skórkę. Małe okna nie dopuszczały wiele światła, dlatego wnętrze było oświetlone przez pochodnie.
Ruby podążała krok w krok za babką, ciemnym i zimnym korytarzem, ocierając ramionami o jego ściany. Amber otworzyła drzwi, wpuszczając do korytarza światło. Ruby weszła za nią do sali. Pomieszczenie miało więcej okien, przez które wlatywały promienie słoneczne oświetlające twarze osób siedzących w dużej odległości od siebie, na okrągłej ławie. Siedemnastolatka zliczyła cztery kobiety i pięciu mężczyzn, znaczy, ze brakowało jednej osoby. Wyglądali na bardzo starych, nawet starszych od Amber. Babka Ruby stanęła przed czymś, co przypominało ambonę, znajdująca się pomiędzy ławami, a sama dziewczyna usiadła obok siwowłosej czarownicy, na samym rogu ławy, by być jak najbliżej pokrewnej.
- Pragnę rozpocząć posiedzenie rady – powiedziała babka poważnym, ale i energicznym tonem. – Cassandro? – zapytała zwracając się do kobiety znajdującej się po jej lewej stronie.
Czarownica stanęła. Była niska i pulchna, miała bystre oczy spoglądające spod ciężkich powiek, a jej ciemne włosy przykrywał słomiany kapelusz. Spojrzała na wszystkich uczestników.
- Jak wiecie, zwołałyśmy to zebranie w poważnej sprawie dla naszego świata – mówiła niskim głosem, przedłużając każdą literę. – Ostatnio zwołaliśmy czerwony alarm, nie z byle powodu. Naszym istnieniu coś zagraża. Coś lub ktoś. Nie wiemy czym to jest..
- Wampiry... – Ruby usłyszała cichy głos siwowłosej siedzącej koło niej, ale chyba jedynie ona znajdowała się na tyle blisko, by to usłyszeć.
- W każdym razie – ciągnęła Cassandra. – pięć zabójstw w ciągu ostatnich dwóch tygodni to ogromna suma. Wiemy, ze ten ktoś lub coś nie działał sam. Dowodzą na to miejsca mordowania. Jesteśmy coraz słabsi, nie wiemy co robić. Nie możemy na to nic poradzić. Po wielu spekulacjach dotarliśmy do wniosku, ze jest tylko jedno wyjście z całej sytuacji..
Po sali przebiegły szepty pełne ożywienia, które z każdą sekunda zdawały się coraz głośniejsze. Nawet Cassandra mówiła coś do czarownika siedzącego obok. Jedynie Ruby i Amber milczały. Siedemnastolatka zastanawiała się, po co babka ją tu ściągnęła. Przecież rada + królowa liczy już maksimum, jedenastu osób, a do tego uczestnik rady musi być pełnoletni. Co jest takim ważnym powodem, by Ruby pojawiła się na posiedzeniu?
- Cisza – powiedziała Amber. Nie użyła głośnego tonu, ale surowego i nagle w sali zrobiło się tak cicho, ze Ruby słyszała własny, nierówny oddech. – Cassandro, kontynuuj.
Czarownica odcharknęła.
- Tak więc, moi drodzy, to jest jedyny sposób. Wilkołaki muszą się do nas przyłączyć. Na razie nie wiemy, jak nam się to uda zrobić, ale to nasza jedyna szansa… – urwała. – szansa, żeby przetrwać.
Ruby spojrzała z niepokojem na babkę, która wpatrzona w Cassandrę kiwała lekko głową.
- Masz racje, to jedyny sposób – Amber zamknęła oczy, ale otworzyła usta, by coś jeszcze powiedzieć, jednak cos jej przeszkodziło. 
Drzwi gwałtownie się otworzyły, a po chwili zamknęły z trzaskiem. Do sali wbiegła drobna postać.
- Oh Amber, serdecznie przepraszam za spóźnienie – szepnęła.
Babka spojrzała na nią i kiwnęła głową.
- Masz?
- Tak, tak, już tu idzie – powiedziała oddalając się pod drzwi i z niecierpliwością wpatrując się w nie.
Ruby spojrzała na nią. Była bardzo niska i chuda, miała kruczoczarne włosy i wielkie oczy. Stukała nogą w podłogę.
- Zaraz tu będzie – szepnęła nie odwracając uwagi od drzwi.
Cassandra wysłała Amber pytający wzrok, ale ta nie zareagowała na niego. Uczestnicy byli cicho i wpatrywali się to w kruchą czarownicę, to w królową. Kilka spojrzeń utknęło też na Ruby.
I nagle drzwi znowu się otworzyły, nie tak gwałtownie jak poprzednio, ale delikatnie i wolno.
- Nick, nareszcie – szepnęła kobietą wywracając oczami. Popchnęła lekko chłopaka, który przed sekundą wszedł do pomieszczenia, w stronę Amber.
- Witaj, Nicholasie – powiedziała babka, a lewy kącik ust powędrował do góry.
- Wasza wysokość – szepnął chłopak z skruchą, lekko skłaniając głowę.
Wszystkie oczy skierowany były teraz na nowego członka. Ruby też spojrzała na niego. Był bardzo wysoki i muskularny. Miał kruczoczarne włosy i ciemne, duże oczy oraz wydatne kości policzkowe. Mógł być ciut starszy od Ruby. Miał na sobie potargane jeansy, zużyte trampki i biały T-shirt. W jego oczach kryła się tajemniczość i odwaga.
- Siadaj Nicholasie – powiedziała Amber, a chłopak posłusznie zajął miejsce między jakimś mężczyzną, a drobną czarownicą. Ruby spojrzała na obu, byli zdumiewająco podobni po twarzy, mimo, ze na tej od kobiety pojawiły się już zmarszczki. Matka i syn, pomyślała.
- Amber, co robi tu syn Gabrielli? – zapytała Cassandra, odwracając wzrok do chłopaka. Ruby podążyła za jej wzrokiem. Nick bawił się swoimi palcami. Siedemnastolatka teraz zauważyła, ze był naprawdę przystojny.
Babka zmierzyła po kolei każdego członka rady, aż jej wzrok nie zatrzymał się na Ruby. Patrzały sobie przez kilka sekund prosto w oczy.
- Wszyscy wiecie, że jestem już stara – powiedziała wolniej niż zawsze, jakby chciała, żeby sens tych słów dotarł do wszystkich. – Nie będę żyła wiecznie na tej ziemi. Kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym zasnę wiecznym snem..
- Do czego zmierzasz? – zapytał któryś z mężczyzn marszcząc brwi.
- Ja nie będę żyła wiecznie, ale nasz Świat tak – ciągnęła. – I ktoś musi nim rządzić. Mojej córki nie ma, dlatego następczynią tronu jest Ruby.
Wszystkie oczy skierowały się na dziewczynę, która spuściła wzrok.
- Jest jedyną następczynią, nikogo przed nią ani po niej nie ma. Jak sami mówiliście, ktoś lub coś poluje na czarownice.
Cassandra pokiwała głową, a Ruby wydawało się, jakby ktoś z uczestników szepnął ,,krwiopice”
- Dlatego nic nie może się jej stać. Gdy coś się stanie Ruby, cała nasza monarcha rozpadnie się, dzieląc nasz Świat na części tych dobrych i tych złych. A to oznacza tylko jedno: koniec.
Ruby spojrzała na babkę z rozszerzonymi oczami. O czym ona do cholery mówiła?
- Ale co z tym wspólnego ma Nick? – zapytała Gabriella, przerzucając pasma czarnych włosów na plecy.
Amber uśmiechnęła się lekko.
- Długo zastanawiałam się co zrobić, by uchronić moją wnuczkę przed złem. Moje myśli krążyły wokół jednego. Musiałam znaleźć kogoś, kto ochroni ją przed ciemnymi mocami. Kogoś odważnego, lojalnego, wiernego i silnego – spojrzała na Nicka. – I wtedy przypomniałam sobie jak Gabriella chwaliła przede mną swojego syna.
Drobna czarownica zarumieniła się i spuściła wzrok.
- Jeśli to co mówiła o chłopaku jest prawdą, to Nicholas nadaje się perfekcyjnie do obrony Ruby przed złem.
Amber podeszła do Nicka, który stanął jak na komendę. Babka wydawała się przy nim wzrostu krasnala.
- Muszę być pewna swojego wyboru – szepnęła. – Wiec pytam się przy świadkach – wskazała ręka na krąg uczestników. – czy ty, Nicholasie Bishop, zgadzać się chronić mojej wnuczki, Ruby Mallory?
Chłopak spojrzał kątem oka na siedemnastolatkę.
- Zgadzam się – szepnął.
- Czy przyrzekasz chronić ją przed złem, pokazywać dobrą ścieżkę, ochraniać jej duszę i ciało, a w razie potrzeby oddać za nią życie?
Ruby wpatrywała się w to z rozchylonymi ustami. Oddać życie? Nieświadomie przeczyła głową, nie chciała, by ktoś umarł z jej powodu. Ale chłopak skinął lekko głową.
- Przyrzekam.
Amber uniosła kąciki swoich ust do góry.
- A zatem, mam zaszczyt uczynić cię, Nicholasie Bishop, obrońcom Ruby. Liczę na ciebie, mam nadzieję, ze moja decyzja była słuszna, a ty podołasz wzywaniu.
Chłopak zamknął oczy i schylił głowę. Babka odwróciła się od niego stawając przed amboną.
Ruby patrzyła na chłopaka. Promienie słoneczne oświetlał jego przystojną twarz. Otworzył oczy i zaraz jego wzrok utknął w Ruby. Patrzyli się na siebie przez kilkanaście sekund, nie mrugając ani nie odciągając wzroku. Po prostu wpatrywali się w swoje oczy. Siedemnastolatka zauważyła, że są one mocno czarne, tak, ze nie było widać jego źrenicy. A potem kąciki ust chłopaka powędrowały w górę, zaskakując dziewczynę, która z wszystkich emocji nie zdąrzyła mu odpowiedzieć tym samym, gdy  usłyszała głos babki.
- Przepraszam, że was tak nie uprzedziłam o tym zajściu – zwróciła się do uczestników. Ci byli równie zaskoczeni jak Ruby, nawet Cassandra bacznie obserwowała nowego chłopaka niepewnym wzrokiem. – Nie o tym przyszliśmy tu porozmawiać. Cassandro?
Kobieta odwróciła wzrok od Nicka i wysalała pytający wzrok na Amber.
- Zechcesz kontynuować?
Cassandra zmarszczyła na ułamek sekundy brwi.
- Ah tak, tak. O czym to myśmy.. – stanęła poprawiając słomiany kapelusz. Ruby pomyślała, ze czarownica pewnie tak przejęła wydarzeniem sprzed chwili, ze zapomniałą już po co tak właściwie rada się spotkała.
Amber spojrzała na nią wyczekująco.
- Otóż, jak już mówiłam – zaczęła stara czarownica. – naszym jedynym sensownym rozwiązaniem w tej sprawie jest przyłączenie świata wilkołaków do naszego. Doskonale wiemy, ze są oni neutralni w stosunku do  naszego świata, jak i świata wampirów. Ale nadchodzi wojna, którą poprzedzi bitwa. Jeśli wilkołaki się do nas przyłączom, szansa naszej wygranej w obu przypadkach wzroście. Bez ich pomocy nie wygramy…
Ruby starała się by sens słów Cassandry trafił do niej, ale już po kilku zdaniach całkowicie przestała jej słuchać. Skupiła się na chłopaku, który ma być jej obrońcą, jak powiedziała Amber. Czy to oznacza, że Nicholas będzie jak jej cień, cały czas za nią, gotowy oddać swoje życie by ocalić jej?
- …Jest też wiele przeciwwskazań całkowitego zjednoczenia się z wilkołakami – ciągnęła czarownica. – będą chcieli zapłaty za pomoc i to dość sporą, a na dodatek…
Ruby zauważyła, ze chłopak podobnie jak ona nie potrafi skupić się na słowach Cassandry. Cały czas wpatrywał się w swoje palce. Raz zerknął na siedemnastolatkę, ale gdy zauważył jej wzrok, palce stały się jego ponownym zainteresowaniem. Specyficzny, pomyślała Ruby. Nick wydawał jej się inny. Nie tyle z wyglądu, chociaż nie znała nikogo o tak czysto czarnych oczach, ale zarazem i głębokich, ani o tak przystojnej twarzy, no może pomijając Johna. Ale w wewnątrz tez wydawał się być inny. Mimo, ze Ruby go nie znała, czuła to. Tak jak przy Clausie czuła otaczające go zło, tak teraz czuła pełno dobra w powietrzu.
- …Jest jeszcze jedna ważna kwestia, którą chciałabym poruszyć – powiedziała Cassandra ściszając głos. Ruby spojrzała na nią. Stara czarownica wymownie spojrzała na Amber. Babka, słysząc jej myśli pokiwała głową.
- Myślę, ze ta część zebrania jest bardzo poufna – stwierdziła. – Mogą w niej uczestniczyć jedynie czarownice i czarownicy z rady. Ruby, Nicholasie? – spojrzała najpierw na dziewczynę, później an chłopaka.
Ruby zrozumiałą o co jej chodzi. Nie chcieli by słyszała o czym mówią. Kiwnęła tylko głową do babki i stanęła z ławki. Otworzyła ciężkie, wpuszczając do korytarza trochę światła, po czym ruszyła w stronę wyjścia. Drzwi za nią ponownie się otworzyły. Siedemnastolatka wiedziała, kto kroczy zaraz za nią, ale nie zatrzymywała się w ciemnym korytarzu.
Słyszała jego kroki. Szedł tą samą szybkością co ona, zachowując tę samą odległość. I tak przez całe kilka minut, gdy Ruby podbiegła to drzwi wyjściowych i z hukiem je otworzyła. Zatrzymała się mrugając, by przyzwyczaić się do jasności panującej na zewnątrz.
Obróciła się i spojrzała na Nicka, który zamykał delikatnie drzwi. Obserwowała każdy jego ruch, robił wszystko powoli i starannie, w zupełnym przeciwieństwie niż Ruby.
- Słuchaj – powiedziała, kiedy jego wzrok natknął jej. Stał kilka metrów od niej, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Skoro mamy spędzać z sobą każdą wolną chwilę, to chcę…
- Masz racje – przerwał jej, robiąc krok do przodu. – porozmawiajmy. 


----------------
Hej, liczę na pozostawiony komentarz. Z góry dziękuje :)