Czarne
oczy chłopaka zmierzyły Ruby od stóp po głowę. Między nimi powstała bariera
niecałego metra, którą złamał czarnowłosy, gdy przybliżył się do dziewczyny.
- Nicholas Bishop, mów mi Nick –
powiedział podając dłoń nastolatce. Ta spojrzała na nią i niepewnie uścisnęła.
- Ruby Mallory, mów mi – wywróciła
oczami, unosząc kąciki ust do góry. – Ruby.
Nick uśmiechnął się, ukazując dołeczek
w policzku.
- Więc mam cię teraz bronić, tak? –
zapytał.
Ruby stanęła przed murkiem. Oparła o
niego ręce, przerzucając na nie swój ciężar. Usiadła na zimnych kamieniach
zdobiących metrowy mur. Spojrzała prosto w oczy swojego towarzysza. Miały
naprawdę głęboką czerń.
- Siadaj – powiedziała klepiąc miejsce
obok siebie.
Nick zgodnie z jej poleceniem zajął
wskazane miejsce.
- Gabrielle to twoja matka? – zapytała
Ruby, odwracając twarz do siedzącego obok Nicka.
Jego oczy zmrużyły się lekko, gdy
patrzył przed siebie na zachodzące słońce. Niebo miało różne barwy, zaczynając
od błękitnego, po fiolet i róż, a kończąc na pomarańczy. Stara budowla, w
której odbywała się rada, stała na końcu muru. Ścieżka prowadząca od drzwi
ciągnęła się zawijasami, aż znikała za jednym z pagórków po sąsiedniej stronie.
Nie było ani zimno, ani ciepło. Wiatr lekko otulał ich twarze.
- Tak – odpowiedział, nie odwracając
wzroku z zachodzącego słońca.
Ruby kątem oka zerknęła na jego profil.
Jego oczy okolone były bardzo długimi rzęsami, ciemne włosy tworzyły
artystyczny nieład, a pełnie usta miał lekko otwarte.
- Nie jest za młoda na radę? – zapytała
siedemnastolatka. – Znaczy.. Wiesz, reszta uczestników ma chyba z setkę na
karku..
Kąciki jego ust powędrowały do góry.
Odwrócił do niej głowę i spojrzał rozbawiony w jej oczy.
- Szczerze, też mnie to dziwi –
powiedział. – Ale twojej babci zależało, żeby trafiła do rady.
- Czemu?
Nick potrząsnął ramionami.
- Królowa przyjaźniła się z moją babką.
Gdy umarła, poprosiła moją mamę o dołączenie do rady. Wspominała cos o
pochodzeniu i mocy.
- Może wasza rodzina ma jakieś
zdolności, które mogą się przydać?
Nick ponownie ukazał dołeczek w
policzku i pokiwał głową.
- Możliwe – przytaknął szczerząc zęby.
– ja na przykład fantastycznie gotuje.
Ruby zachichotała.
- Nie o to mi chodziło – powiedziała. –
Ale skoro masz być teraz moim prywatnych ochroniarzem, chyba będę zmuszona
spróbować, któregoś z twoich dań.
Oboje się zaśmiali.
Siedzieli teraz w ciszy. Ich wzrok
skupiał się na zachodzącym słońcu. Rzadko można było spotkać tu taki widok.
Pomarańczowa półkula na tle fioletowo-różowego nieba. Ogromne budynki Los
Angeles wydawały się przy słońcu maciupeńkie. Ruby po raz pierwszy nie myślała
o Clausie. Nikomu nie powiedziała o spotkaniu z nim i nie zamierzała tego
robić. Ale teraz jej myśli skupiały się na mocach. Dawno nie używała magii.
Ostatni raz było to wtedy, gdy sporządzała eliksir prawdy. Ale nie pamiętała
kiedy rzucała jakieś zaklęcia.
- Zawsze chciałam nauczyć się przenosić
rzeczy bez ich dotykania – szepnęła wzdychając. – Prosiłam Amber żeby mnie
nauczyła. Obiecała, ze kiedyś to zrobi, ale zawsze odkładała to na późniejsze
terminy, aż w końcu.. – urwała. – To głupie..
- Wcale nie jest głupie – powiedział
Nick, odwracając twarz w stronę dziewczyny. – To bardzo przydatna umiejętność,
zwłaszcza jak się jest już zmęczonym. Chociaż w sumie zawsze się przyda. Nawet
do obrony..
- Do obrony?
- No tak – przytaknął. – Wyobraź sobie,
że stoisz tak bezbronnie, sam na sam z kimś kogo się boisz – Ruby przeszedł
dreszcz. Jej myśli znowu powędrowały do dnia, w którym spotkała Clausa.
Bezbronna, sama, z kimś, kogo się boi..
- No i gdy nie masz koło siebie żadnej
rzeczy, którą mogłabyś się obronić – ciągnął chłopak. – to jedynym ratunkiem
jest zdobycie broni. – Ruby przełknęła głośno ślinę. Przypomniała sobie jak
szukała czegoś, czym mogłaby się bronić, ale w zasięgu wzroku znajdowały się
tylko liście. – Wtedy skupiasz się na danej rzeczy i ją przywołujesz. Masz
więcej szans na ratunek. No, ale to był tylko przykład.
Źrenice oczu Ruby gwałtownie się
powiększyły. Nie widziała tego, ale czuła. Może to częściowo dlatego, ze na
dworze robiło się coraz ciemniej, a może przez fakt, że zdała sobie sprawę, ile
jeszcze musi się nauczyć, by wygrać walkę z Clausem. Znała kilka zaklęć
obronnych i atakujących. Ale były one zdecydowanie za słabe.
Jej jedynym nauczycielem była Amber.
Pokazała jej podstawy zaklęć. Ale nigdy nie miała czasu by pokazać cos jeszcze.
A Ruby nigdy nie chciała tego. Nie zdawała sobie sprawy, jakie to może być
przydatne, aż do teraz. Poczuła wstyd na samą myśl, że jako księżniczka Świata
Czarownic nie ma zbyt wiele wiedzy na temat magii.
-
Ruby? – głos Nicka wybudził ją z zamyślenia.
Dziewczyna podniosła na niego wzrok.
Jego czarne oczy znajdowały się kilkanaście centymetrów od niej. Widziała w
nich troskę.
- Naucz mnie, Nick – szepnęła.
Chłopak na ułamek sekundy wydawał się
być zaskoczony, ale szybko kąciki jego ust powędrowały do góry.
- Nie ma sprawy, księżniczko –
powiedział lekko rozbawiony.
- Mówię poważnie. Chce się nauczyć
tego.. Tego i wielu innych rzeczy..
- Na przykład? – zapytał unosząc brew w
górę.
- Na przykład rozpalać ogień bez pomocy
zapałek, zmieniać pogodę z deszczu na śnieg lub z gradu na słońce, sprawiać, by
drzewa szybciej rosły, a zwiędłe kwiaty znów tętniły życiem i zatańczyć z wodą
taniec, w którym to ja będę prowadziła – odpowiedziała wyobrażając sobie
wszystkie z sytuacji.
Nick wpatrywał się w Ruby z
zaciekawieniem.
- Igrasz z żywiołami – powiedział cicho
nie odrywając wzroku od oczy siedemnastolatki,
- To źle? – zapytała równie cicho.
Chłopak oderwał od niej wzrok i
spojrzał na małe, pomarańczowe półkole. Niebo robiło się coraz ciemniejsze,
wiatr coraz bardziej szalał, a temperatura znacznie zmalała.
- Nie – odpowiedział. – to chyba
dobrze. Znaczy.. – zawahał się. – wiesz, moja babka kiedyś mi mówiła o żywiołach.
Ponoć każdy ma talent do jednego z nich. Powiedziała, że sama uważa, że woda
stanowi jej największe zainteresowanie i najbardziej sobie z nią radzi. To już
płynie w twojej krwi i nie da się tego zmienić. Jeden żywioł jest jakby twoją cząstką
– westchnął. - Ale wiesz.. Ona lubiła różne historyjki, które opowiadała mi jak
byłem dzieckiem. Myślę, ze to jedna z nich.
- Brzmi całkiem racjonalnie – Ruby
wzruszyła ramionami. – Ona uczyła cię magii? Twoja babka?
- Tak – kiwnął głową. – Od dzieciństwa
wpajała mi jakieś formułki zaklęć, uczyła łaciny i opowiadała różne legendy o
walecznych czarodziejach.
Ruby pomyślała, że sama nigdy tak nie
miała. Wychowywała ją Amber, która poświęcała się bardziej Światu niż wnuczce.
Wprawdzie nauczyła ja kilku zaklęć, ale o wiele mniej niż babka Nicholasa.
- Wiec jak? – zapytała Ruby z nadzieją.
Chłopak
uśmiechnął się delikatnie.
- Więc najpierw przesuwanie
przedmiotów, tak?
Ruby zaśmiała się cicho. Kiwnęła głową
na znak, że zgadza się.
- Kiedy pierwsza lekcja? – zapytała
rozbawiona.
Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu i
otworzył usta, by odpowiedzieć, ale w tej samej chwili ciężkie drzwi katedry
otworzyły się. Naprzodzie stanęła Amber, jak zawsze z uniesioną głową. Za nią
niska Cassandra i Gabriella. Ruby zauważyła, ze matka Nicka jedyna w radzie
wygląda zdrowo i młodo, ze swoimi czarnymi, lśniącymi włosami, drobną
twarzyczką i ciekawymi oczami. Za nią stało ośmiu innych czarowników i
czarownic, wszyscy wpatrzeni w nastolatków.
Ruby i Nick zeskoczyli z muru i
skierowali się w stronę rady. Szli za nimi, na samym końcu w ciszy. Ciekawy
dzień, pomyślała Ruby.
*
Tej nocy Ruby nawiedził kolejny dziwny
sen. Ale nie był taki jak poprzednie. Wydawał się być realny, prawdziwy, jakby
dział się naprawdę właśnie w tej chwili. Siedemnastolatka nie była oglądaczem.
Nie było tak, jak podczas snu, gdy widziała zabójstwo czarownicy. Tym razem ten
sen był o niej samej. O Ruby.
Szła ciemną uliczką. Księżyc zakrywały
chmury, tak, że nie było żadnego oświetlenia w tym miejscu. Ale Ruby je
poznawała. Uliczka, na której tydzień temu spotkała Clausa. Poznała to może po
zarysach wysokich drzew, a może instynkt czarownicy podpowiadał jej o tym. Ale
było inaczej. Wszystko przybrało czarny kolor. Nie było wiatru jak poprzednio.
Panowała grobowa cisza, który od czasu do czasu przerywały kroki dziewczyny.
Nie wiedziała dokąd iść, nie miała pojęcia co tu robi i co na nią tu czeka.
I kiedy myślała, że nic się nie stanie
dobiegł ją cichu, zachrypnięty głos. Ciarki przeszły wzdłuż kręgosłupa, a serce
zamarło na ułamek sekundy.
Ruby,
Ruby…
Odwróciła się na pięcie, w stronę, z
której dobiegał szept. Ale nic, poza niewyraźnymi rysami drzew, nie zauważyła.
Przerażało ją to, że nic nie widzi. Zupełnie jakby stała się niewidoma. Mrok
nie był jej najlepszą stroną.
Ruby…
Nie, pomyślała. Głos dochodził z
zupełnie innej strony. Zwinnym ruchem odwróciła się w tę stronę, a znowu
zastała ciemność. Żadnego ruchu.
- Kim jesteś?! – krzyknęła. Wyczuła w
swoim głosie strach i miała nadzieję, ze ten ktoś tego nie usłyszał.
Na początku odpowiedziała jej głucha
cisza. A potem tak nagle otoczył ją głęboki śmiech. Już nie przypominał szeptu,
wręcz przeciwnie. Brzmiało to tak, jakby
śmiał się z naprawdę dobrego kawału. Ale Ruby wiedziała, że to coś chce
wyprowadzić ją z równowagi. Nie dam się, pomyślała zaciskając dłonie w pięści,
jakby wyrażała gest, że zamierza walczyć.
- Pokaż się, tchórzu – syknęła. Śmiech
odbijał się echem, ale robił się coraz bardziej cichu. Ruby kręciła się w
kółko. Nie wiedziała, z której strony wyjdzie. Usłyszała jakiś szelest za sobą
i gwałtownie się odwróciła. Ale tak jak się spodziewała, zobaczyła tylko czarną
plamę nieba. I nagle znowu, ktoś za nią się poruszył. Odwróciła się wolniej,
myśląc, że i tak zastanie tam tylko mrok. Ale się pomyliła.
Na czarnym tle pojawiły się dwie plamy.
Miały owalny kształt i kolor kości słoniowej, która świetnie kontrastowała z
ciemnym niebem. Pomiędzy nimi znajdował się jeszcze kawałek mroku, ale nie były
mocno oddalone od siebie
Ruby próbowała zobaczyć coś jeszcze,
ale jedyne co jej wzrok wychwycił to dwie, nieduże plamki. Zmrużyła oczy i
nieświadoma zrobiła krok do przodu w ich stronę. Znowu panowała grobowa cisza.
Ten kształt.. Oczy, pomyślała.
Rzeczywiście, gdy podeszła nieco bliżej
zdała sobie sprawę, ze dwie jasne plamki to zamknięte oczy. Wpatrywała się w
nie z zaciekawieniem. Nie widziała rzęs, czyli musiały być czarne i utopiły się
w kolorze nieba.
- Otwórz – powiedziała Ruby starając
się, by jej głos brzmiał stanowczo.
Powieki lekko zamrugały, a po chwili
gwałtownie otworzyły się.
Ruby odskoczyła z przerażenia. Nie
spodziewała się tego, co zobaczyła. Potrzebowała Kiku sekund, żeby do jej mózgu
dotarło to, co ujrzała.
Bo zamiast szarych oczu, przepełnionych
złem i czymś, czego nie można opisać, zobaczyła, których spodziewała się
zobaczyć, zobaczyła coś zupełnie innego.
Błękitne oczy błyszczały niczym
diamenty na ciemnym tle. Były piękne, a zarazem niepokojące. Te oczu Ruby
pamiętała zupełnie inaczej. Nigdy nie widziała w nich pogardy i tego czegoś, co
było w oczach Clausa. Ale to nie były szare oczy jej ojca. To były błękitne
oczy kogoś innego. Kogoś, kogo Ruby ostatnio wzięła, za kogoś ważnego w jej
życiu.
Nie, to nie możliwe, pomyślała. Ale
oczy lśniły i błyszczały niebezpiecznie, a chłód jaki w nich panował przeszywał
Ruby, tak, ze poczuła gęsią skórkę na swoich ramionach.
Ruby…
Nie! Nie, słyszysz? Zostaw mnie! –
krzyknęła. – Wiem, ze to ty Claus! Nie nabiorę się na to, próbuj czegoś innego!
Jesteś tchórzem i głupcem, myśląc, ze w to uwierzę. Pokaż się, Claus, no pokaż.
Pokaż prawdziwego siebie!
Ale nic się nie zdarzyło. Nie wyszedł
Claus, wpatrując się w Ruby swoimi szarymi oczami, tak jakby chciała teraz
Ruby. Natomiast błękitne oczy zamrugały, jakby dawały jakiś znak, którego Ruby
nie potrafiła odczytać.
- Nie… - szepnęła, patrząc prosto w
piękne oczy. – Nigdy się do ciebie nie przyłączę, Claus. Nigdy!
I nagle błękitne oczy zamknęły się, a
jasne plamki znikły. Ruby ogarnęła ciemność i głucha cisza.
Ruby…
Obudziła się tak nagle, jak nagle zdała
sobie sprawę, że to był tylko sen. Ciemna uliczka zamieniła się w nieoświetlony
pokój, a tam, gdzie znajdowały się błękitne oczy stała lampa nocna,
rozgałęziona jak drzewo. Szepty zamieniły się w wiatr, który wpadał do pokoju
przez otwarte okno, kołysząc białe zasłony.
Ruby uniosła się z łóżka i podeszła do
okna. Zegar przy jej łóżku wskazywał 2:38. Przetarła zmęczone oczy, które ożywiły
się pod wpływem zimnego wiatru muskającego twarz dziewczyny. Zamknęła okno
wpatrując się w niebo. Nie było tak czarne jak w śnie. Może dlatego, że wielki
bananowy księżyc oświetlał je, a może dlatego, iż było tyle jasnych gwiazd,
które niemal zlewały się w jedną, dużą plamę. W każdym razie nie wydawał się
tak przerażający jak sen. Sen, pomyślała Ruby i próbowała przypomnieć sobie
każdy jego szczegół.
- To był Claus – powiedziała cicho na
głos, sama do siebie, jakby pomagało jej to pozbierać myśli. I jego słowa,
które wypowiedział tydzień temu, gdy się spotkali: ,, Jak nazywał się ten
chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś? John Temple, tak. Masz być gotowa z
odpowiedzią, kiedy do ciebie przyjdę następnym razem. Zastanów się nad tym
dobrze, bo nie każde wampiry są nieśmiertelne..”
Włoski na karku zjeżyły się, a dreszcz
przeszedł po plecach. Te oczy.. Claus nie pokazywał swoich oczu, pokazywał oczy
Johna. Tak, tylko on ma takie błękitne, błyszczące jak diamenty, pomyślała
Ruby. Manipuluje mną, powiedział jakiś głos w jej umyśle. On potrzebuje pomocy,
odezwał się drugi.
Prorocze sny, szepnął któryś z nich.
Ruby zastanawiała się, co ten sen oznacza. Nie czuła już zmęczenia i nawet
jeśli chciałaby zasnąć – nie udałoby się jej to. Czułą nagły przypływ adrenaliny,
była pobudzona, jakby wypiła kilka filiżanek kawy. Nie mogła opanować
trzęsienia i dygotania ciała. Nie ze strachu, ale z troski.
A jeśli ten sen to oznaka? – zapytała głosem
nieco głośniejszym niż szept. Mówiła na glos, jakby chciała, żeby nagle ktoś
jej odpowiedział. Ale stała sama przy oknie, w swoim pokoju. Claus szepcący imię
Ruby.. A może to John je szeptał? Nie widziała przecież postaci Clausa, ale
czuła zło, które towarzyszyło jej w śnie. I widziała oczy Johna. A on przecież
nie jest zły, pomyślała, nawet jako wampir, jest dobry. To musiał być Claus. – Manipuluje mną –
szepnęła przypominając sobie głos w jej umyśle. – Chce, żebym myślała, że to
John jest tym złym.. Chce sprowadzić mnie na złą stronę, na jego stronę..
Im bardziej się nad tym zastanawiała
tym gorzej rozumiała. Błękitne oczy były przepełnione złem. Ale takie oczy nie
istnieją. Nie ma ,,złych oczu Johna”. Nawet gdy chłopak zezłościł się na Ruby,
jego oczu, choć wyrażały gniew, nie wyrażały zła. On był dobry..
Dopiero ten sen uświadomił Ruby tak
wiele. Wiedziała, ze to nie powinien być jego skutek, ale zrozumiała go inaczej
niż miała.
Wiedziała już co chce zrobić.
Na bladoniebieską pidżamę zarzuciła
skórzaną kurtkę. Założyła buty i chwyciła kluczyki samochodu. Powoli schodziła
po schodach, omijając skrzypiące panele. Cicho ominęła salon. Gdy otworzyła drzwi
wejściowe, od razu wiatr chlasnął jej twarz. Otrząsnęła się z zimna i wyszła na
ciemną ulicę.
Weszła do samochodu, przekręciła
kluczyk w stacyjce i ruszyła w stronę jego domu.