poniedziałek, 25 listopada 2013

Rozdział X ,,Błękit".



         Czarne oczy chłopaka zmierzyły Ruby od stóp po głowę. Między nimi powstała bariera niecałego metra, którą złamał czarnowłosy, gdy przybliżył się do dziewczyny.
         - Nicholas Bishop, mów mi Nick – powiedział podając dłoń nastolatce. Ta spojrzała na nią i niepewnie uścisnęła.
         - Ruby Mallory, mów mi – wywróciła oczami, unosząc kąciki ust do góry. – Ruby.
         Nick uśmiechnął się, ukazując dołeczek w policzku.
         - Więc mam cię teraz bronić, tak? – zapytał.
         Ruby stanęła przed murkiem. Oparła o niego ręce, przerzucając na nie swój ciężar. Usiadła na zimnych kamieniach zdobiących metrowy mur. Spojrzała prosto w oczy swojego towarzysza. Miały naprawdę głęboką czerń.
         - Siadaj – powiedziała klepiąc miejsce obok siebie.
         Nick zgodnie z jej poleceniem zajął wskazane miejsce.
         - Gabrielle to twoja matka? – zapytała Ruby, odwracając twarz do siedzącego obok Nicka.
         Jego oczy zmrużyły się lekko, gdy patrzył przed siebie na zachodzące słońce. Niebo miało różne barwy, zaczynając od błękitnego, po fiolet i róż, a kończąc na pomarańczy. Stara budowla, w której odbywała się rada, stała na końcu muru. Ścieżka prowadząca od drzwi ciągnęła się zawijasami, aż znikała za jednym z pagórków po sąsiedniej stronie. Nie było ani zimno, ani ciepło. Wiatr lekko otulał ich twarze.
         - Tak – odpowiedział, nie odwracając wzroku z zachodzącego słońca.
         Ruby kątem oka zerknęła na jego profil. Jego oczy okolone były bardzo długimi rzęsami, ciemne włosy tworzyły artystyczny nieład, a pełnie usta miał lekko otwarte.
         - Nie jest za młoda na radę? – zapytała siedemnastolatka. – Znaczy.. Wiesz, reszta uczestników ma chyba z setkę na karku..
         Kąciki jego ust powędrowały do góry. Odwrócił do niej głowę i spojrzał rozbawiony w jej oczy.
         - Szczerze, też mnie to dziwi – powiedział. – Ale twojej babci zależało, żeby trafiła do rady.
         - Czemu?
         Nick potrząsnął ramionami.
         - Królowa przyjaźniła się z moją babką. Gdy umarła, poprosiła moją mamę o dołączenie do rady. Wspominała cos o pochodzeniu i mocy.
         - Może wasza rodzina ma jakieś zdolności, które mogą się przydać?
         Nick ponownie ukazał dołeczek w policzku i pokiwał głową.
         - Możliwe – przytaknął szczerząc zęby. – ja na przykład fantastycznie gotuje.
         Ruby zachichotała.
         - Nie o to mi chodziło – powiedziała. – Ale skoro masz być teraz moim prywatnych ochroniarzem, chyba będę zmuszona spróbować, któregoś z twoich dań.
         Oboje się zaśmiali.
         Siedzieli teraz w ciszy. Ich wzrok skupiał się na zachodzącym słońcu. Rzadko można było spotkać tu taki widok. Pomarańczowa półkula na tle fioletowo-różowego nieba. Ogromne budynki Los Angeles wydawały się przy słońcu maciupeńkie. Ruby po raz pierwszy nie myślała o Clausie. Nikomu nie powiedziała o spotkaniu z nim i nie zamierzała tego robić. Ale teraz jej myśli skupiały się na mocach. Dawno nie używała magii. Ostatni raz było to wtedy, gdy sporządzała eliksir prawdy. Ale nie pamiętała kiedy rzucała jakieś zaklęcia.
         - Zawsze chciałam nauczyć się przenosić rzeczy bez ich dotykania – szepnęła wzdychając. – Prosiłam Amber żeby mnie nauczyła. Obiecała, ze kiedyś to zrobi, ale zawsze odkładała to na późniejsze terminy, aż w końcu.. – urwała. – To głupie..
         - Wcale nie jest głupie – powiedział Nick, odwracając twarz w stronę dziewczyny. – To bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza jak się jest już zmęczonym. Chociaż w sumie zawsze się przyda. Nawet do obrony..
         - Do obrony?
         - No tak – przytaknął. – Wyobraź sobie, że stoisz tak bezbronnie, sam na sam z kimś kogo się boisz – Ruby przeszedł dreszcz. Jej myśli znowu powędrowały do dnia, w którym spotkała Clausa. Bezbronna, sama, z kimś, kogo się boi..
         - No i gdy nie masz koło siebie żadnej rzeczy, którą mogłabyś się obronić – ciągnął chłopak. – to jedynym ratunkiem jest zdobycie broni. – Ruby przełknęła głośno ślinę. Przypomniała sobie jak szukała czegoś, czym mogłaby się bronić, ale w zasięgu wzroku znajdowały się tylko liście. – Wtedy skupiasz się na danej rzeczy i ją przywołujesz. Masz więcej szans na ratunek. No, ale to był tylko przykład.
         Źrenice oczu Ruby gwałtownie się powiększyły. Nie widziała tego, ale czuła. Może to częściowo dlatego, ze na dworze robiło się coraz ciemniej, a może przez fakt, że zdała sobie sprawę, ile jeszcze musi się nauczyć, by wygrać walkę z Clausem. Znała kilka zaklęć obronnych i atakujących. Ale były one zdecydowanie za słabe.
         Jej jedynym nauczycielem była Amber. Pokazała jej podstawy zaklęć. Ale nigdy nie miała czasu by pokazać cos jeszcze. A Ruby nigdy nie chciała tego. Nie zdawała sobie sprawy, jakie to może być przydatne, aż do teraz. Poczuła wstyd na samą myśl, że jako księżniczka Świata Czarownic nie ma zbyt wiele wiedzy na temat magii.
         - Ruby? – głos Nicka wybudził ją z zamyślenia.
         Dziewczyna podniosła na niego wzrok. Jego czarne oczy znajdowały się kilkanaście centymetrów od niej. Widziała w nich troskę.
         - Naucz mnie, Nick – szepnęła.
         Chłopak na ułamek sekundy wydawał się być zaskoczony, ale szybko kąciki jego ust powędrowały do góry.
         - Nie ma sprawy, księżniczko – powiedział lekko rozbawiony.
         - Mówię poważnie. Chce się nauczyć tego.. Tego i wielu innych rzeczy..
         - Na przykład? – zapytał unosząc brew w górę.
         - Na przykład rozpalać ogień bez pomocy zapałek, zmieniać pogodę z deszczu na śnieg lub z gradu na słońce, sprawiać, by drzewa szybciej rosły, a zwiędłe kwiaty znów tętniły życiem i zatańczyć z wodą taniec, w którym to ja będę prowadziła – odpowiedziała wyobrażając sobie wszystkie z sytuacji.
         Nick wpatrywał się w Ruby z zaciekawieniem.
         - Igrasz z żywiołami – powiedział cicho nie odrywając wzroku od oczy siedemnastolatki,
         - To źle? – zapytała równie cicho.
         Chłopak oderwał od niej wzrok i spojrzał na małe, pomarańczowe półkole. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, wiatr coraz bardziej szalał, a temperatura znacznie zmalała.
         - Nie – odpowiedział. – to chyba dobrze. Znaczy.. – zawahał się. – wiesz, moja babka kiedyś mi mówiła o żywiołach. Ponoć każdy ma talent do jednego z nich. Powiedziała, że sama uważa, że woda stanowi jej największe zainteresowanie i najbardziej sobie z nią radzi. To już płynie w twojej krwi i nie da się tego zmienić. Jeden żywioł jest jakby twoją cząstką – westchnął. - Ale wiesz.. Ona lubiła różne historyjki, które opowiadała mi jak byłem dzieckiem. Myślę, ze to jedna z nich.
         - Brzmi całkiem racjonalnie – Ruby wzruszyła ramionami. – Ona uczyła cię magii? Twoja babka?
         - Tak – kiwnął głową. – Od dzieciństwa wpajała mi jakieś formułki zaklęć, uczyła łaciny i opowiadała różne legendy o walecznych czarodziejach.
         Ruby pomyślała, że sama nigdy tak nie miała. Wychowywała ją Amber, która poświęcała się bardziej Światu niż wnuczce. Wprawdzie nauczyła ja kilku zaklęć, ale o wiele mniej niż babka Nicholasa.
         - Wiec jak? – zapytała Ruby z nadzieją.
         Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
         - Więc najpierw przesuwanie przedmiotów, tak?
         Ruby zaśmiała się cicho. Kiwnęła głową na znak, że zgadza się.
         - Kiedy pierwsza lekcja? – zapytała rozbawiona.
         Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu i otworzył usta, by odpowiedzieć, ale w tej samej chwili ciężkie drzwi katedry otworzyły się. Naprzodzie stanęła Amber, jak zawsze z uniesioną głową. Za nią niska Cassandra i Gabriella. Ruby zauważyła, ze matka Nicka jedyna w radzie wygląda zdrowo i młodo, ze swoimi czarnymi, lśniącymi włosami, drobną twarzyczką i ciekawymi oczami. Za nią stało ośmiu innych czarowników i czarownic, wszyscy wpatrzeni w nastolatków.
         Ruby i Nick zeskoczyli z muru i skierowali się w stronę rady. Szli za nimi, na samym końcu w ciszy. Ciekawy dzień, pomyślała Ruby.



*


         Tej nocy Ruby nawiedził kolejny dziwny sen. Ale nie był taki jak poprzednie. Wydawał się być realny, prawdziwy, jakby dział się naprawdę właśnie w tej chwili. Siedemnastolatka nie była oglądaczem. Nie było tak, jak podczas snu, gdy widziała zabójstwo czarownicy. Tym razem ten sen był o niej samej. O Ruby.
         Szła ciemną uliczką. Księżyc zakrywały chmury, tak, że nie było żadnego oświetlenia w tym miejscu. Ale Ruby je poznawała. Uliczka, na której tydzień temu spotkała Clausa. Poznała to może po zarysach wysokich drzew, a może instynkt czarownicy podpowiadał jej o tym. Ale było inaczej. Wszystko przybrało czarny kolor. Nie było wiatru jak poprzednio. Panowała grobowa cisza, który od czasu do czasu przerywały kroki dziewczyny. Nie wiedziała dokąd iść, nie miała pojęcia co tu robi i co na nią tu czeka.
         I kiedy myślała, że nic się nie stanie dobiegł ją cichu, zachrypnięty głos. Ciarki przeszły wzdłuż kręgosłupa, a serce zamarło na ułamek sekundy.
         Ruby, Ruby…
         Odwróciła się na pięcie, w stronę, z której dobiegał szept. Ale nic, poza niewyraźnymi rysami drzew, nie zauważyła. Przerażało ją to, że nic nie widzi. Zupełnie jakby stała się niewidoma. Mrok nie był jej najlepszą stroną.
         Ruby…    
         Nie, pomyślała. Głos dochodził z zupełnie innej strony. Zwinnym ruchem odwróciła się w tę stronę, a znowu zastała ciemność. Żadnego ruchu.
         - Kim jesteś?! – krzyknęła. Wyczuła w swoim głosie strach i miała nadzieję, ze ten ktoś tego nie usłyszał.
         Na początku odpowiedziała jej głucha cisza. A potem tak nagle otoczył ją głęboki śmiech. Już nie przypominał szeptu, wręcz przeciwnie. Brzmiało to tak,  jakby śmiał się z naprawdę dobrego kawału. Ale Ruby wiedziała, że to coś chce wyprowadzić ją z równowagi. Nie dam się, pomyślała zaciskając dłonie w pięści, jakby wyrażała gest, że zamierza walczyć.
         - Pokaż się, tchórzu – syknęła. Śmiech odbijał się echem, ale robił się coraz bardziej cichu. Ruby kręciła się w kółko. Nie wiedziała, z której strony wyjdzie. Usłyszała jakiś szelest za sobą i gwałtownie się odwróciła. Ale tak jak się spodziewała, zobaczyła tylko czarną plamę nieba. I nagle znowu, ktoś za nią się poruszył. Odwróciła się wolniej, myśląc, że i tak zastanie tam tylko mrok. Ale się pomyliła.
         Na czarnym tle pojawiły się dwie plamy. Miały owalny kształt i kolor kości słoniowej, która świetnie kontrastowała z ciemnym niebem. Pomiędzy nimi znajdował się jeszcze kawałek mroku, ale nie były mocno oddalone od siebie
         Ruby próbowała zobaczyć coś jeszcze, ale jedyne co jej wzrok wychwycił to dwie, nieduże plamki. Zmrużyła oczy i nieświadoma zrobiła krok do przodu w ich stronę. Znowu panowała grobowa cisza. Ten kształt.. Oczy, pomyślała.
         Rzeczywiście, gdy podeszła nieco bliżej zdała sobie sprawę, ze dwie jasne plamki to zamknięte oczy. Wpatrywała się w nie z zaciekawieniem. Nie widziała rzęs, czyli musiały być czarne i utopiły się w kolorze nieba.
         - Otwórz – powiedziała Ruby starając się, by jej głos brzmiał stanowczo.
         Powieki lekko zamrugały, a po chwili gwałtownie otworzyły się.
         Ruby odskoczyła z przerażenia. Nie spodziewała się tego, co zobaczyła. Potrzebowała Kiku sekund, żeby do jej mózgu dotarło to, co ujrzała.
         Bo zamiast szarych oczu, przepełnionych złem i czymś, czego nie można opisać, zobaczyła, których spodziewała się zobaczyć, zobaczyła coś zupełnie innego.
         Błękitne oczy błyszczały niczym diamenty na ciemnym tle. Były piękne, a zarazem niepokojące. Te oczu Ruby pamiętała zupełnie inaczej. Nigdy nie widziała w nich pogardy i tego czegoś, co było w oczach Clausa. Ale to nie były szare oczy jej ojca. To były błękitne oczy kogoś innego. Kogoś, kogo Ruby ostatnio wzięła, za kogoś ważnego w jej życiu.
         Nie, to nie możliwe, pomyślała. Ale oczy lśniły i błyszczały niebezpiecznie, a chłód jaki w nich panował przeszywał Ruby, tak, ze poczuła gęsią skórkę na swoich ramionach.
         Ruby…
         Nie! Nie, słyszysz? Zostaw mnie! – krzyknęła. – Wiem, ze to ty Claus! Nie nabiorę się na to, próbuj czegoś innego! Jesteś tchórzem i głupcem, myśląc, ze w to uwierzę. Pokaż się, Claus, no pokaż. Pokaż prawdziwego siebie!
         Ale nic się nie zdarzyło. Nie wyszedł Claus, wpatrując się w Ruby swoimi szarymi oczami, tak jakby chciała teraz Ruby. Natomiast błękitne oczy zamrugały, jakby dawały jakiś znak, którego Ruby nie potrafiła odczytać.
         - Nie… - szepnęła, patrząc prosto w piękne oczy. – Nigdy się do ciebie nie przyłączę, Claus. Nigdy!
         I nagle błękitne oczy zamknęły się, a jasne plamki znikły. Ruby ogarnęła ciemność i głucha cisza.
Ruby…
         Obudziła się tak nagle, jak nagle zdała sobie sprawę, że to był tylko sen. Ciemna uliczka zamieniła się w nieoświetlony pokój, a tam, gdzie znajdowały się błękitne oczy stała lampa nocna, rozgałęziona jak drzewo. Szepty zamieniły się w wiatr, który wpadał do pokoju przez otwarte okno, kołysząc białe zasłony.
         Ruby uniosła się z łóżka i podeszła do okna. Zegar przy jej łóżku wskazywał 2:38. Przetarła zmęczone oczy, które ożywiły się pod wpływem zimnego wiatru muskającego twarz dziewczyny. Zamknęła okno wpatrując się w niebo. Nie było tak czarne jak w śnie. Może dlatego, że wielki bananowy księżyc oświetlał je, a może dlatego, iż było tyle jasnych gwiazd, które niemal zlewały się w jedną, dużą plamę. W każdym razie nie wydawał się tak przerażający jak sen. Sen, pomyślała Ruby i próbowała przypomnieć sobie każdy jego szczegół.
         - To był Claus – powiedziała cicho na głos, sama do siebie, jakby pomagało jej to pozbierać myśli. I jego słowa, które wypowiedział tydzień temu, gdy się spotkali: ,, Jak nazywał się ten chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś? John Temple, tak. Masz być gotowa z odpowiedzią, kiedy do ciebie przyjdę następnym razem. Zastanów się nad tym dobrze, bo nie każde wampiry są nieśmiertelne..”
         Włoski na karku zjeżyły się, a dreszcz przeszedł po plecach. Te oczy.. Claus nie pokazywał swoich oczu, pokazywał oczy Johna. Tak, tylko on ma takie błękitne, błyszczące jak diamenty, pomyślała Ruby. Manipuluje mną, powiedział jakiś głos w jej umyśle. On potrzebuje pomocy, odezwał się drugi.
         Prorocze sny, szepnął któryś z nich. Ruby zastanawiała się, co ten sen oznacza. Nie czuła już zmęczenia i nawet jeśli chciałaby zasnąć – nie udałoby się jej to. Czułą nagły przypływ adrenaliny, była pobudzona, jakby wypiła kilka filiżanek kawy. Nie mogła opanować trzęsienia i dygotania ciała. Nie ze strachu, ale z troski.
         A jeśli ten sen to oznaka? – zapytała głosem nieco głośniejszym niż szept. Mówiła na glos, jakby chciała, żeby nagle ktoś jej odpowiedział. Ale stała sama przy oknie, w swoim pokoju. Claus szepcący imię Ruby.. A może to John je szeptał? Nie widziała przecież postaci Clausa, ale czuła zło, które towarzyszyło jej w śnie. I widziała oczy Johna. A on przecież nie jest zły, pomyślała, nawet jako wampir, jest dobry.  To musiał być Claus. – Manipuluje mną – szepnęła przypominając sobie głos w jej umyśle. – Chce, żebym myślała, że to John jest tym złym.. Chce sprowadzić mnie na złą stronę, na jego stronę..
         Im bardziej się nad tym zastanawiała tym gorzej rozumiała. Błękitne oczy były przepełnione złem. Ale takie oczy nie istnieją. Nie ma ,,złych oczu Johna”. Nawet gdy chłopak zezłościł się na Ruby, jego oczu, choć wyrażały gniew, nie wyrażały zła. On był dobry..
         Dopiero ten sen uświadomił Ruby tak wiele. Wiedziała, ze to nie powinien być jego skutek, ale zrozumiała go inaczej niż miała.
         Wiedziała już co chce zrobić.
         Na bladoniebieską pidżamę zarzuciła skórzaną kurtkę. Założyła buty i chwyciła kluczyki samochodu. Powoli schodziła po schodach, omijając skrzypiące panele. Cicho ominęła salon. Gdy otworzyła drzwi wejściowe, od razu wiatr chlasnął jej twarz. Otrząsnęła się z zimna i wyszła na ciemną ulicę.
         Weszła do samochodu, przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła w stronę jego domu.

środa, 13 listopada 2013

Rozdział IX ,,Obrońca".



- Ruby, słuchasz mnie? – ręką Victorii machała przed oczyma siedemnastolatki. Ruby spojrzała na swoją przyjaciółkę.        
- Tak, tak, przepraszam cię – szepnęła.
Victoria wpatrywała się w Mallory z troską w oczach. Siedziały na łóżku w pokoju wilkołaka. Ruby starała się słuchać opowiadań przyjaciółki, ale jej myśli błądziły do wydarzenia z wczorajszego wieczoru. Próbowała przetrawić tę myśl. Claus wrócił. Jej ojciec zabija niewinne czarownice jak kilkanaście lat temu. Jej ojciec chce, żeby dziewczyna przyłączyła się do niego. Jej ojciec pragnie władać wszystkimi światami. I Ruby czuła, ze tylko ona jest w stanie temu zaradzić.
 - Wydajesz się jakaś nieobecna – powiedziała Victoria przekręcając lekko głowę.
- Przepraszam, jestem trochę zdenerwowana… zdenerwowana balem.. – skłamała Ruby, starając się by jej głos brzmiał naturalnie. Spojrzała wyczekującą na srebrnowłosą.
 - Jeszcze miesiąc…
- Tak, wiem – odpowiedziała szybko. – Ale organizacja i tego typu.. sama rozumiesz..
Victoria patrzyła na nią nieufnym wzrokiem, ale po chwili się uśmiechnęła.
 - Z kim pójdziesz? Twarz Victorii rozpromieniła się. Zawsze z Ruby wyczekiwały balu z wielką determinacją, ale teraz Mallory miała ważniejsze sprawy na głowie. Nie chciała dać po sobie poznać, ze jest zajęta czymś zupełnie innym niż planowanie z kim pójdzie na bal, więc lekko uśmiechnęła się do przyjaciółki.
- Jeszcze nie wiem – wzruszyła ramionami. – Słuchaj muszę już iść, bo Amber planuje zwołać spotkanie rady. Podniosła się z łóżka i przytuliła Victorię.
- Do jutra – powiedziała srebrnowłosa. – I… Ruby, uważaj na siebie.
Ruby skinęła głową i uśmiechnęła się do przyjaciółki szepcząc coś na pożegnanie. Poprawiła torbę, spadającą z jej ramienia i wyszła z pokoju wilkołaka.
- Ruby, wychodzisz już? – zapytała mama Victorii krzątając się po kuchni. Wyglądała prawie identycznie jak Victoria. Miała długie, platynowe włosy i fiołkowe oczy. Gdyby ktoś jej nie znał, mógłby ją wziąć za uczennice liceum. Była bardzo miła i czasami Ruby wydawało się, że mama zastępuje jej matkę. –
Tak – powiedziała siedemnastolatka – Do widzenia, pani Brown.
- Pa, kochanie – uśmiechnęła się delikatnie kobieta. Ruby odwzajemniła uśmiech i ruszyła w stronę drzwi.


*


Rada czarownic składała się z dziesięciu członków oraz królowej. Ruby nigdy wcześniej nie była na żadnym spotkaniu, ale tym razem babka kazała jej przyjść, mamrocząc, ze to wyjątkowo ważna sprawa. Rada odbywała się w opuszczonym, starym pałacu, który bardziej przypominał kościół na przedmieściach Los Angeles. Budowla przypominała styl romański, chociaż specjalnie nie została tak wybudowana. Gdy Ruby i Amber weszły do środka, ogarnął je chłód, przyprawiający siedemnastolatkę o gęsią skórkę. Małe okna nie dopuszczały wiele światła, dlatego wnętrze było oświetlone przez pochodnie.
Ruby podążała krok w krok za babką, ciemnym i zimnym korytarzem, ocierając ramionami o jego ściany. Amber otworzyła drzwi, wpuszczając do korytarza światło. Ruby weszła za nią do sali. Pomieszczenie miało więcej okien, przez które wlatywały promienie słoneczne oświetlające twarze osób siedzących w dużej odległości od siebie, na okrągłej ławie. Siedemnastolatka zliczyła cztery kobiety i pięciu mężczyzn, znaczy, ze brakowało jednej osoby. Wyglądali na bardzo starych, nawet starszych od Amber. Babka Ruby stanęła przed czymś, co przypominało ambonę, znajdująca się pomiędzy ławami, a sama dziewczyna usiadła obok siwowłosej czarownicy, na samym rogu ławy, by być jak najbliżej pokrewnej.
- Pragnę rozpocząć posiedzenie rady – powiedziała babka poważnym, ale i energicznym tonem. – Cassandro? – zapytała zwracając się do kobiety znajdującej się po jej lewej stronie.
Czarownica stanęła. Była niska i pulchna, miała bystre oczy spoglądające spod ciężkich powiek, a jej ciemne włosy przykrywał słomiany kapelusz. Spojrzała na wszystkich uczestników.
- Jak wiecie, zwołałyśmy to zebranie w poważnej sprawie dla naszego świata – mówiła niskim głosem, przedłużając każdą literę. – Ostatnio zwołaliśmy czerwony alarm, nie z byle powodu. Naszym istnieniu coś zagraża. Coś lub ktoś. Nie wiemy czym to jest..
- Wampiry... – Ruby usłyszała cichy głos siwowłosej siedzącej koło niej, ale chyba jedynie ona znajdowała się na tyle blisko, by to usłyszeć.
- W każdym razie – ciągnęła Cassandra. – pięć zabójstw w ciągu ostatnich dwóch tygodni to ogromna suma. Wiemy, ze ten ktoś lub coś nie działał sam. Dowodzą na to miejsca mordowania. Jesteśmy coraz słabsi, nie wiemy co robić. Nie możemy na to nic poradzić. Po wielu spekulacjach dotarliśmy do wniosku, ze jest tylko jedno wyjście z całej sytuacji..
Po sali przebiegły szepty pełne ożywienia, które z każdą sekunda zdawały się coraz głośniejsze. Nawet Cassandra mówiła coś do czarownika siedzącego obok. Jedynie Ruby i Amber milczały. Siedemnastolatka zastanawiała się, po co babka ją tu ściągnęła. Przecież rada + królowa liczy już maksimum, jedenastu osób, a do tego uczestnik rady musi być pełnoletni. Co jest takim ważnym powodem, by Ruby pojawiła się na posiedzeniu?
- Cisza – powiedziała Amber. Nie użyła głośnego tonu, ale surowego i nagle w sali zrobiło się tak cicho, ze Ruby słyszała własny, nierówny oddech. – Cassandro, kontynuuj.
Czarownica odcharknęła.
- Tak więc, moi drodzy, to jest jedyny sposób. Wilkołaki muszą się do nas przyłączyć. Na razie nie wiemy, jak nam się to uda zrobić, ale to nasza jedyna szansa… – urwała. – szansa, żeby przetrwać.
Ruby spojrzała z niepokojem na babkę, która wpatrzona w Cassandrę kiwała lekko głową.
- Masz racje, to jedyny sposób – Amber zamknęła oczy, ale otworzyła usta, by coś jeszcze powiedzieć, jednak cos jej przeszkodziło. 
Drzwi gwałtownie się otworzyły, a po chwili zamknęły z trzaskiem. Do sali wbiegła drobna postać.
- Oh Amber, serdecznie przepraszam za spóźnienie – szepnęła.
Babka spojrzała na nią i kiwnęła głową.
- Masz?
- Tak, tak, już tu idzie – powiedziała oddalając się pod drzwi i z niecierpliwością wpatrując się w nie.
Ruby spojrzała na nią. Była bardzo niska i chuda, miała kruczoczarne włosy i wielkie oczy. Stukała nogą w podłogę.
- Zaraz tu będzie – szepnęła nie odwracając uwagi od drzwi.
Cassandra wysłała Amber pytający wzrok, ale ta nie zareagowała na niego. Uczestnicy byli cicho i wpatrywali się to w kruchą czarownicę, to w królową. Kilka spojrzeń utknęło też na Ruby.
I nagle drzwi znowu się otworzyły, nie tak gwałtownie jak poprzednio, ale delikatnie i wolno.
- Nick, nareszcie – szepnęła kobietą wywracając oczami. Popchnęła lekko chłopaka, który przed sekundą wszedł do pomieszczenia, w stronę Amber.
- Witaj, Nicholasie – powiedziała babka, a lewy kącik ust powędrował do góry.
- Wasza wysokość – szepnął chłopak z skruchą, lekko skłaniając głowę.
Wszystkie oczy skierowany były teraz na nowego członka. Ruby też spojrzała na niego. Był bardzo wysoki i muskularny. Miał kruczoczarne włosy i ciemne, duże oczy oraz wydatne kości policzkowe. Mógł być ciut starszy od Ruby. Miał na sobie potargane jeansy, zużyte trampki i biały T-shirt. W jego oczach kryła się tajemniczość i odwaga.
- Siadaj Nicholasie – powiedziała Amber, a chłopak posłusznie zajął miejsce między jakimś mężczyzną, a drobną czarownicą. Ruby spojrzała na obu, byli zdumiewająco podobni po twarzy, mimo, ze na tej od kobiety pojawiły się już zmarszczki. Matka i syn, pomyślała.
- Amber, co robi tu syn Gabrielli? – zapytała Cassandra, odwracając wzrok do chłopaka. Ruby podążyła za jej wzrokiem. Nick bawił się swoimi palcami. Siedemnastolatka teraz zauważyła, ze był naprawdę przystojny.
Babka zmierzyła po kolei każdego członka rady, aż jej wzrok nie zatrzymał się na Ruby. Patrzały sobie przez kilka sekund prosto w oczy.
- Wszyscy wiecie, że jestem już stara – powiedziała wolniej niż zawsze, jakby chciała, żeby sens tych słów dotarł do wszystkich. – Nie będę żyła wiecznie na tej ziemi. Kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym zasnę wiecznym snem..
- Do czego zmierzasz? – zapytał któryś z mężczyzn marszcząc brwi.
- Ja nie będę żyła wiecznie, ale nasz Świat tak – ciągnęła. – I ktoś musi nim rządzić. Mojej córki nie ma, dlatego następczynią tronu jest Ruby.
Wszystkie oczy skierowały się na dziewczynę, która spuściła wzrok.
- Jest jedyną następczynią, nikogo przed nią ani po niej nie ma. Jak sami mówiliście, ktoś lub coś poluje na czarownice.
Cassandra pokiwała głową, a Ruby wydawało się, jakby ktoś z uczestników szepnął ,,krwiopice”
- Dlatego nic nie może się jej stać. Gdy coś się stanie Ruby, cała nasza monarcha rozpadnie się, dzieląc nasz Świat na części tych dobrych i tych złych. A to oznacza tylko jedno: koniec.
Ruby spojrzała na babkę z rozszerzonymi oczami. O czym ona do cholery mówiła?
- Ale co z tym wspólnego ma Nick? – zapytała Gabriella, przerzucając pasma czarnych włosów na plecy.
Amber uśmiechnęła się lekko.
- Długo zastanawiałam się co zrobić, by uchronić moją wnuczkę przed złem. Moje myśli krążyły wokół jednego. Musiałam znaleźć kogoś, kto ochroni ją przed ciemnymi mocami. Kogoś odważnego, lojalnego, wiernego i silnego – spojrzała na Nicka. – I wtedy przypomniałam sobie jak Gabriella chwaliła przede mną swojego syna.
Drobna czarownica zarumieniła się i spuściła wzrok.
- Jeśli to co mówiła o chłopaku jest prawdą, to Nicholas nadaje się perfekcyjnie do obrony Ruby przed złem.
Amber podeszła do Nicka, który stanął jak na komendę. Babka wydawała się przy nim wzrostu krasnala.
- Muszę być pewna swojego wyboru – szepnęła. – Wiec pytam się przy świadkach – wskazała ręka na krąg uczestników. – czy ty, Nicholasie Bishop, zgadzać się chronić mojej wnuczki, Ruby Mallory?
Chłopak spojrzał kątem oka na siedemnastolatkę.
- Zgadzam się – szepnął.
- Czy przyrzekasz chronić ją przed złem, pokazywać dobrą ścieżkę, ochraniać jej duszę i ciało, a w razie potrzeby oddać za nią życie?
Ruby wpatrywała się w to z rozchylonymi ustami. Oddać życie? Nieświadomie przeczyła głową, nie chciała, by ktoś umarł z jej powodu. Ale chłopak skinął lekko głową.
- Przyrzekam.
Amber uniosła kąciki swoich ust do góry.
- A zatem, mam zaszczyt uczynić cię, Nicholasie Bishop, obrońcom Ruby. Liczę na ciebie, mam nadzieję, ze moja decyzja była słuszna, a ty podołasz wzywaniu.
Chłopak zamknął oczy i schylił głowę. Babka odwróciła się od niego stawając przed amboną.
Ruby patrzyła na chłopaka. Promienie słoneczne oświetlał jego przystojną twarz. Otworzył oczy i zaraz jego wzrok utknął w Ruby. Patrzyli się na siebie przez kilkanaście sekund, nie mrugając ani nie odciągając wzroku. Po prostu wpatrywali się w swoje oczy. Siedemnastolatka zauważyła, że są one mocno czarne, tak, ze nie było widać jego źrenicy. A potem kąciki ust chłopaka powędrowały w górę, zaskakując dziewczynę, która z wszystkich emocji nie zdąrzyła mu odpowiedzieć tym samym, gdy  usłyszała głos babki.
- Przepraszam, że was tak nie uprzedziłam o tym zajściu – zwróciła się do uczestników. Ci byli równie zaskoczeni jak Ruby, nawet Cassandra bacznie obserwowała nowego chłopaka niepewnym wzrokiem. – Nie o tym przyszliśmy tu porozmawiać. Cassandro?
Kobieta odwróciła wzrok od Nicka i wysalała pytający wzrok na Amber.
- Zechcesz kontynuować?
Cassandra zmarszczyła na ułamek sekundy brwi.
- Ah tak, tak. O czym to myśmy.. – stanęła poprawiając słomiany kapelusz. Ruby pomyślała, ze czarownica pewnie tak przejęła wydarzeniem sprzed chwili, ze zapomniałą już po co tak właściwie rada się spotkała.
Amber spojrzała na nią wyczekująco.
- Otóż, jak już mówiłam – zaczęła stara czarownica. – naszym jedynym sensownym rozwiązaniem w tej sprawie jest przyłączenie świata wilkołaków do naszego. Doskonale wiemy, ze są oni neutralni w stosunku do  naszego świata, jak i świata wampirów. Ale nadchodzi wojna, którą poprzedzi bitwa. Jeśli wilkołaki się do nas przyłączom, szansa naszej wygranej w obu przypadkach wzroście. Bez ich pomocy nie wygramy…
Ruby starała się by sens słów Cassandry trafił do niej, ale już po kilku zdaniach całkowicie przestała jej słuchać. Skupiła się na chłopaku, który ma być jej obrońcą, jak powiedziała Amber. Czy to oznacza, że Nicholas będzie jak jej cień, cały czas za nią, gotowy oddać swoje życie by ocalić jej?
- …Jest też wiele przeciwwskazań całkowitego zjednoczenia się z wilkołakami – ciągnęła czarownica. – będą chcieli zapłaty za pomoc i to dość sporą, a na dodatek…
Ruby zauważyła, ze chłopak podobnie jak ona nie potrafi skupić się na słowach Cassandry. Cały czas wpatrywał się w swoje palce. Raz zerknął na siedemnastolatkę, ale gdy zauważył jej wzrok, palce stały się jego ponownym zainteresowaniem. Specyficzny, pomyślała Ruby. Nick wydawał jej się inny. Nie tyle z wyglądu, chociaż nie znała nikogo o tak czysto czarnych oczach, ale zarazem i głębokich, ani o tak przystojnej twarzy, no może pomijając Johna. Ale w wewnątrz tez wydawał się być inny. Mimo, ze Ruby go nie znała, czuła to. Tak jak przy Clausie czuła otaczające go zło, tak teraz czuła pełno dobra w powietrzu.
- …Jest jeszcze jedna ważna kwestia, którą chciałabym poruszyć – powiedziała Cassandra ściszając głos. Ruby spojrzała na nią. Stara czarownica wymownie spojrzała na Amber. Babka, słysząc jej myśli pokiwała głową.
- Myślę, ze ta część zebrania jest bardzo poufna – stwierdziła. – Mogą w niej uczestniczyć jedynie czarownice i czarownicy z rady. Ruby, Nicholasie? – spojrzała najpierw na dziewczynę, później an chłopaka.
Ruby zrozumiałą o co jej chodzi. Nie chcieli by słyszała o czym mówią. Kiwnęła tylko głową do babki i stanęła z ławki. Otworzyła ciężkie, wpuszczając do korytarza trochę światła, po czym ruszyła w stronę wyjścia. Drzwi za nią ponownie się otworzyły. Siedemnastolatka wiedziała, kto kroczy zaraz za nią, ale nie zatrzymywała się w ciemnym korytarzu.
Słyszała jego kroki. Szedł tą samą szybkością co ona, zachowując tę samą odległość. I tak przez całe kilka minut, gdy Ruby podbiegła to drzwi wyjściowych i z hukiem je otworzyła. Zatrzymała się mrugając, by przyzwyczaić się do jasności panującej na zewnątrz.
Obróciła się i spojrzała na Nicka, który zamykał delikatnie drzwi. Obserwowała każdy jego ruch, robił wszystko powoli i starannie, w zupełnym przeciwieństwie niż Ruby.
- Słuchaj – powiedziała, kiedy jego wzrok natknął jej. Stał kilka metrów od niej, krzyżując ręce na klatce piersiowej. – Skoro mamy spędzać z sobą każdą wolną chwilę, to chcę…
- Masz racje – przerwał jej, robiąc krok do przodu. – porozmawiajmy. 


----------------
Hej, liczę na pozostawiony komentarz. Z góry dziękuje :)

piątek, 1 listopada 2013

Rozdział VIII ,,Bo gdy przyjdzie na świat półkrwi..".

         Uczucie jakie zawładnęło Ruby było jej dotąd nieznane. Ta mieszanina tworząca się w jej głowie była frustracją, a jednocześnie zadowoleniem. Po części była z siebie dumna, że nie załamała się. W ciągu tych kilku dni przeżyła naprawdę dużo. Z jednej strony był John, którego nawet polubiła, a z drugiej Claus, jej ojciec, który prawdopodobnie odpowiedzialny jest za zabójstwa czarownic. Tylko jak to się dzieje, ze z jednego końca Ameryki dociera na drugi? Czy Amber coś jeszcze przed nią ukrywała?
         Rozmowa z Johnem dała jej dużo do myślenia i pozostawiła po sobie dużo znaków zapytania. Rozmawiali naprawdę długo. Głównie o dziewczynie, opowiedziała mu o czym dowiedziała się od babki. John zdziwił się. Wiedział, że Ruby jest pół-krwi, ale nigdy nie spodziewał się, ze jej ojcem jest Claus Mason. Nastolatka widziała jak wzdrygnął się, gdy wypowiadała imię swojego ojca. Nie chciał jej powiedzieć, ale domyślała się, że go zna. Mimo, że John wyglądał na zwykłego siedemnastolatka, na pewno był o wiele starszy, może nawet starszy od jej babki, która zbliżała się już do powoli do setki. Ruby trochę żałowała, ze nie zapytała go o wiek. Ale było już za późno – pożegnali się pół godziny temu.
         Szła sama. Jedynym światłem był blask księżyca oświetlający drogę dziewczynie. Często wracała tą drogą w ciemności, głównie od Victorii. Szła akurat przez wąska uliczkę, której nie cierpiała. Nie stała tu żadna latarnia. Po obu stronach rosły wysokie drzewa. Ruby rozglądała się naokoło. Ta droga trochę ja przerażała, nie było tu żadnych ludzi, ale czuła, jakby ktoś był. Dochodziły do niej złe impulsy jakieś osoby. Poczuła na sobie czyjś wzrok.
         Siedemnastolatka przyspieszyła kroku. Panowała tam taka cisza, że słyszała nierówne bicie swojego serca. Zaczęła żałować, ze nie przyjęła propozycji Johna, który chciał ja odprowadzić. Niespokojnie obróciła się za siebie. Jej uwagę od razu przykuło drzewo. Wysoki klon znajdujący się kilka metrów za dziewczyną. Coś się w nim poruszyło, mimo, że wiatr już opadł.
         I nagle wyłonił się cień. Ruby zasłoniła ręką usta, żeby nie pisnąć. Ktoś tam stał. Stał i patrzył się na nią, ktoś zły. Czuła go. Czuła, ze go zna. Na pewno go znała. Nieświadoma cofała się do tyłu, cały czas patrząc w miejsce, gdzie stał nieruchomy cień. Jej serce zamarło na sekundę, gdy w świetle księżyca cień powiększył się wychodząc zza klona. On tu szedł.
         Z cienia wydobył się głęboki śmiech odbijający się echem po wąskiej uliczce. Osoba, która tam stała wysunęła swoje kły. Ruby widziała je – były ostrzejsze niż brzytwa, długie i białe.
         Wampir. Stała nieruchoma, gdy cień powiększał się i powiększał. Głucha cisze przerwał kolejny śmiech. Znała go. Znała ten śmiech.
         Wreszcie zza drzew wyszła postać. Ruby chciała uciec, ale nogi odmówiły posłuszeństwa, tak, jak i reszta ciała. Była kompletnie sparaliżowana strachem. I gdy światło księżyca padło na wampira, Ruby mogła zobaczyć kim jest.
         Był wysoki i muskularny. Ubrany miał czarny płaszcz, który niemal zlewał się z niebem. Jego twarz wydała się Ruby znajoma. Pełne, krwistoczerwone usta zza których wyłaniały się śnieżnobiałe kły. Duże, szare oczy błądziły po nastolatce, przepełnione zemstą i czymś, czego nie można opisać. Miał wysokie czoło, przykryte kasztanowymi włosami. Był przystojny, zło jakie w nim żyło utwierdzała jego surowa twarz i ten wzrok…
         Claus.
         Ruby nie tak wyobrażała sobie spotkanie z ojcem. Stał kilka metrów od niej, śmiejąc jej się w twarz i patrząc na nią wzrokiem zabójcy.
         - A więc ty jesteś Ruby – powiedział głębokim głosem i znowu wybuchł śmiechem. – Mała, niewinna Ruby..
         Dziewczyna instynktownie cofała się do tylu. Ale z każdym jej krokiem w tył, Claus robił krok w przód.
         - Boisz się mnie, Ruby?
         Jej serce podskoczyło, gdy wyciągnął rękę w jej kierunku. Ciarki przebiegły wzdłuż jej kręgosłupa. Nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Bała się. Bała się jak nigdy. Nie miała wątpliwości, ze on jest mordercą, on.. Jej własny ojciec. Poczuła odrazę, ze jego krew płynie gdzieś w jej żyłach.
         - Nic ci nie zrobię, Ruby – powiedział ukazując kły w uśmieszku. – Nic, a nic..
         Jego oczy błysnęły niebezpiecznie. Spojrzał na swoją wyciągniętą w stronę dziewczyny dłoń, a potem spojrzał na nią. Przestał się uśmiechać, a jego wargi skrzywiły się w grymas.
         - Chodź ze mną. Ty i ja możemy stworzyć nowy świat. Bo gdy przyjdzie na świat półkrwi, trzy światy złożą jej pokłon, a wtedy jej serce pochłonie cały wszechświat, a dusza wejdzie w każdą istotę z czterech światów -  ostatnie zdanie wypowiedział zamykając oczy, jakby recytował jakiś wiersz.
         Ruby spojrzała na niego zaskoczona. Słowa Clausa toczyły się przez jej mózg. Cztery światy.. Rzadko używano tego stwierdzenia. Zazwyczaj mówiono o trzech – czarownic, wilkołaków i wampirów. Czwartym byli ludzie, zwykli śmiertelnicy, o których prawie w ogóle nie wspominano. I ta półkrwi.. Ruby była półkrwi. I jej serce i dusza.. Nic nie rozumiała, Kolejna zagadka..
         - Potrzebuje cię Ruby, a ty potrzebujesz mnie – powiedział przybliżając się, nadal unosząc swoją dłoń i gestem zachęcając do jej złapania. – Razem będziemy rządzić tym światem. Będziemy panami ciemności, ja i ty, ojciec i córka. Czyż nie tego chcesz? Władać wszystkimi światami – kąciki jego ust powędrowały do góry. – na zawsze.
         Ruby wpatrywała się w rękę ojca. Jego uśmiech nie schodził z twarzy, ale widać było podenerwowanie w nim. Czekał aż dziewczyna złapie jego dłoń. Ale Ruby się zamierzała tego robić. Zamiast tego powoli oddalała się od Clausa. Zebrała w sobie resztki odwagi i wysłała wampirowi gniewny wzrok.
         - Zły wybór – zaśmiał się szyderczo, odciągając swoją dłoń. Ruby panicznie zaczęła szukać wzrokiem czegoś, czym mogła by się w razie wypadku obronić. Jej wzrok nie napotkał nic oprócz walających się na drodze liści.
         Mimo ciszy, jaka ich ogarniała, kroki Clausa były niemalże niesłyszalne. Przybliżał się do niej powoli. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie. Ruby nie wiedziała, do czego jest zdolny jej ojciec i nie chciała tego wiedzieć. Jedynym wyjściem była ucieczka. Głupi pomysł, ale jedyny sensowny. Wampiry strasznie szybko biegają, wiec jak niby pół-wampir ma uciec przed największym zabójcom  historii? Ale kiedyś trzeba spróbować.
         Ruby odwróciła się na pięcie, by uciec, ale robiąc krok do przodu uderzyła w czyjeś muskularne ciało. Zrobiła krok do tyłu i spojrzała prosto w oczy Clausa.
         - Naprawdę myślisz, ze mi uciekniesz?
         Siedemnastolatka szybko odwróciła się w drugą stronę i znowu to samo. Był zdecydowanie za szybki, jakby przewidywał jej ruchy.
         - Zostaw mnie! – krzyknęła i znów odwróciła się do niego tyłem, biegnąc ile sił. Ale on dogonił ją już po kilku metrach, bez żadnego wysiłku stanął przed nią. Zaśmiał się.
         - Ruby, Ruby, Ruby – powiedział z rozbawieniem, przecząc przy tym głową.
         Spojrzał na jej dłoń i złapał ją. Pod wpływem jego dotyku, Ruby natychmiast wyrwała swoją rękę z jego uścisku.
         - Nie dotykaj mnie – warknęła odsuwając się od wampira.
         Ten tylko zmierzył ją wzrokiem, a z jego ust znowu wydobył się głęboki śmiech.
         - Jesteś stanowcza – stwierdził unosząc brew. – To dobrze. Twoja odwaga też mnie zadziwia. Nie boisz się mnie? Jestem mordercą, Ruby, wiesz o tym. Jedna sekunda, a ciebie już tu nie będzie. To ja decyduję o tym, czy przeżyjesz jutrzejszego poranka.
         Prawy kącik ust wystrzelił mu w górę. Obrócił się tyłem do dziewczyny i szedł w drugą stronę. Ruby natomiast stalą i gapiła się na tył jego czarnego płaszczu i kasztanowe włosy, które tworzyły artystyczny nieład.
         Po kilku krokach Claus zatrzymał się i odwrócił w stronę nastolatki.
         - Jesteś za cenna, żeby umierać – powiedział poważnie. – Ale powinnaś wiedzieć, ze mnie się nie odmawia. Więc się zastanów – wysłał jej szyderczy uśmiech. – bo, ze tobie nie mogę nic zrobić, nie znaczy, ze nie zrobię komuś innemu. No nie wiem, jak nazywał się ten chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś?
         - Jeśli go tkniesz… - syknęła Ruby, an co otrzymała kolejny głośny śmiech ojca.
         - John Temple, tak – zaśmiał się. – Masz być gotowa z odpowiedzią, kiedy do ciebie przyjdę następnym razem. Zastanów się nad tym dobrze, bo nie każde wampiry są nieśmiertelne..
         Ruby spojrzała na niego z obrzydzeniem, zanim odwrócił się zasłaniając ciało swoim płaszczem. W mgnieniu oka, tam gdzie przed chwilą stał, nikogo już nie było.
         Dziewczyna stała tak jeszcze wpatrując się w cichą uliczkę. W jej uszach odbijał się głęboki śmiech Clausa oraz jego słowa: Bo gdy przyjdzie na świat półkrwi, trzy światy złożą jej pokłon, a wtedy jej serce pochłonie cały wszechświat, a dusza wejdzie w każdą istotę z czterech światów