Uczucie jakie zawładnęło Ruby było jej
dotąd nieznane. Ta mieszanina tworząca się w jej głowie była frustracją, a
jednocześnie zadowoleniem. Po części była z siebie dumna, że nie załamała się.
W ciągu tych kilku dni przeżyła naprawdę dużo. Z jednej strony był John,
którego nawet polubiła, a z drugiej Claus, jej ojciec, który prawdopodobnie
odpowiedzialny jest za zabójstwa czarownic. Tylko jak to się dzieje, ze z
jednego końca Ameryki dociera na drugi? Czy Amber coś jeszcze przed nią
ukrywała?
Rozmowa z Johnem dała jej dużo do
myślenia i pozostawiła po sobie dużo znaków zapytania. Rozmawiali naprawdę
długo. Głównie o dziewczynie, opowiedziała mu o czym dowiedziała się od babki.
John zdziwił się. Wiedział, że Ruby jest pół-krwi, ale nigdy nie spodziewał się,
ze jej ojcem jest Claus Mason. Nastolatka widziała jak wzdrygnął się, gdy
wypowiadała imię swojego ojca. Nie chciał jej powiedzieć, ale domyślała się, że
go zna. Mimo, że John wyglądał na zwykłego siedemnastolatka, na pewno był o
wiele starszy, może nawet starszy od jej babki, która zbliżała się już do
powoli do setki. Ruby trochę żałowała, ze nie zapytała go o wiek. Ale było już
za późno – pożegnali się pół godziny temu.
Szła sama. Jedynym światłem był blask
księżyca oświetlający drogę dziewczynie. Często wracała tą drogą w ciemności,
głównie od Victorii. Szła akurat przez wąska uliczkę, której nie cierpiała. Nie
stała tu żadna latarnia. Po obu stronach rosły wysokie drzewa. Ruby rozglądała
się naokoło. Ta droga trochę ja przerażała, nie było tu żadnych ludzi, ale
czuła, jakby ktoś był. Dochodziły do niej złe impulsy jakieś osoby. Poczuła na
sobie czyjś wzrok.
Siedemnastolatka przyspieszyła kroku.
Panowała tam taka cisza, że słyszała nierówne bicie swojego serca. Zaczęła
żałować, ze nie przyjęła propozycji Johna, który chciał ja odprowadzić.
Niespokojnie obróciła się za siebie. Jej uwagę od razu przykuło drzewo. Wysoki
klon znajdujący się kilka metrów za dziewczyną. Coś się w nim poruszyło, mimo,
że wiatr już opadł.
I nagle wyłonił się cień. Ruby zasłoniła
ręką usta, żeby nie pisnąć. Ktoś tam stał. Stał i patrzył się na nią, ktoś zły.
Czuła go. Czuła, ze go zna. Na pewno go znała. Nieświadoma cofała się do tyłu,
cały czas patrząc w miejsce, gdzie stał nieruchomy cień. Jej serce zamarło na
sekundę, gdy w świetle księżyca cień powiększył się wychodząc zza klona. On tu
szedł.
Z cienia wydobył się głęboki śmiech
odbijający się echem po wąskiej uliczce. Osoba, która tam stała wysunęła swoje
kły. Ruby widziała je – były ostrzejsze niż brzytwa, długie i białe.
Wampir. Stała nieruchoma, gdy cień
powiększał się i powiększał. Głucha cisze przerwał kolejny śmiech. Znała go.
Znała ten śmiech.
Wreszcie zza drzew wyszła postać. Ruby
chciała uciec, ale nogi odmówiły posłuszeństwa, tak, jak i reszta ciała. Była
kompletnie sparaliżowana strachem. I gdy światło księżyca padło na wampira,
Ruby mogła zobaczyć kim jest.
Był wysoki i muskularny. Ubrany miał
czarny płaszcz, który niemal zlewał się z niebem. Jego twarz wydała się Ruby
znajoma. Pełne, krwistoczerwone usta zza których wyłaniały się śnieżnobiałe
kły. Duże, szare oczy błądziły po nastolatce, przepełnione zemstą i czymś,
czego nie można opisać. Miał wysokie czoło, przykryte kasztanowymi włosami. Był
przystojny, zło jakie w nim żyło utwierdzała jego surowa twarz i ten wzrok…
Claus.
Ruby nie tak wyobrażała sobie spotkanie
z ojcem. Stał kilka metrów od niej, śmiejąc jej się w twarz i patrząc na nią
wzrokiem zabójcy.
- A więc ty jesteś Ruby – powiedział
głębokim głosem i znowu wybuchł śmiechem. – Mała, niewinna Ruby..
Dziewczyna instynktownie cofała się do
tylu. Ale z każdym jej krokiem w tył, Claus robił krok w przód.
- Boisz się mnie, Ruby?
Jej serce podskoczyło, gdy wyciągnął
rękę w jej kierunku. Ciarki przebiegły wzdłuż jej kręgosłupa. Nie potrafiła
wydusić z siebie słowa. Bała się. Bała się jak nigdy. Nie miała wątpliwości, ze
on jest mordercą, on.. Jej własny ojciec. Poczuła odrazę, ze jego krew płynie
gdzieś w jej żyłach.
- Nic ci nie zrobię, Ruby – powiedział
ukazując kły w uśmieszku. – Nic, a nic..
Jego oczy błysnęły niebezpiecznie.
Spojrzał na swoją wyciągniętą w stronę dziewczyny dłoń, a potem spojrzał na
nią. Przestał się uśmiechać, a jego wargi skrzywiły się w grymas.
- Chodź ze mną. Ty i ja możemy stworzyć
nowy świat. Bo gdy przyjdzie na świat
półkrwi, trzy światy złożą jej pokłon, a wtedy jej serce pochłonie cały
wszechświat, a dusza wejdzie w każdą istotę z czterech światów - ostatnie zdanie wypowiedział zamykając oczy,
jakby recytował jakiś wiersz.
Ruby spojrzała na niego zaskoczona. Słowa
Clausa toczyły się przez jej mózg. Cztery światy.. Rzadko używano tego
stwierdzenia. Zazwyczaj mówiono o trzech – czarownic, wilkołaków i wampirów.
Czwartym byli ludzie, zwykli śmiertelnicy, o których prawie w ogóle nie wspominano.
I ta półkrwi.. Ruby była półkrwi. I jej serce i dusza.. Nic nie rozumiała,
Kolejna zagadka..
- Potrzebuje cię Ruby, a ty
potrzebujesz mnie – powiedział przybliżając się, nadal unosząc swoją dłoń i
gestem zachęcając do jej złapania. – Razem będziemy rządzić tym światem.
Będziemy panami ciemności, ja i ty, ojciec i córka. Czyż nie tego chcesz?
Władać wszystkimi światami – kąciki jego ust powędrowały do góry. – na zawsze.
Ruby wpatrywała się w rękę ojca. Jego
uśmiech nie schodził z twarzy, ale widać było podenerwowanie w nim. Czekał aż
dziewczyna złapie jego dłoń. Ale Ruby się zamierzała tego robić. Zamiast tego
powoli oddalała się od Clausa. Zebrała w sobie resztki odwagi i wysłała
wampirowi gniewny wzrok.
- Zły wybór – zaśmiał się szyderczo,
odciągając swoją dłoń. Ruby panicznie zaczęła szukać wzrokiem czegoś, czym
mogła by się w razie wypadku obronić. Jej wzrok nie napotkał nic oprócz
walających się na drodze liści.
Mimo ciszy, jaka ich ogarniała, kroki
Clausa były niemalże niesłyszalne. Przybliżał się do niej powoli. Jego oczy
błyszczały niebezpiecznie. Ruby nie wiedziała, do czego jest zdolny jej ojciec
i nie chciała tego wiedzieć. Jedynym wyjściem była ucieczka. Głupi pomysł, ale
jedyny sensowny. Wampiry strasznie szybko biegają, wiec jak niby pół-wampir ma
uciec przed największym zabójcom
historii? Ale kiedyś trzeba spróbować.
Ruby odwróciła się na pięcie, by uciec,
ale robiąc krok do przodu uderzyła w czyjeś muskularne ciało. Zrobiła krok do
tyłu i spojrzała prosto w oczy Clausa.
- Naprawdę myślisz, ze mi uciekniesz?
Siedemnastolatka szybko odwróciła się w
drugą stronę i znowu to samo. Był zdecydowanie za szybki, jakby przewidywał jej
ruchy.
- Zostaw mnie! – krzyknęła i znów
odwróciła się do niego tyłem, biegnąc ile sił. Ale on dogonił ją już po kilku
metrach, bez żadnego wysiłku stanął przed nią. Zaśmiał się.
- Ruby, Ruby, Ruby – powiedział z
rozbawieniem, przecząc przy tym głową.
Spojrzał na jej dłoń i złapał ją. Pod
wpływem jego dotyku, Ruby natychmiast wyrwała swoją rękę z jego uścisku.
- Nie dotykaj mnie – warknęła odsuwając
się od wampira.
Ten tylko zmierzył ją wzrokiem, a z
jego ust znowu wydobył się głęboki śmiech.
- Jesteś stanowcza – stwierdził unosząc
brew. – To dobrze. Twoja odwaga też mnie zadziwia. Nie boisz się mnie? Jestem
mordercą, Ruby, wiesz o tym. Jedna sekunda, a ciebie już tu nie będzie. To ja
decyduję o tym, czy przeżyjesz jutrzejszego poranka.
Prawy kącik ust wystrzelił mu w górę.
Obrócił się tyłem do dziewczyny i szedł w drugą stronę. Ruby natomiast stalą i gapiła
się na tył jego czarnego płaszczu i kasztanowe włosy, które tworzyły
artystyczny nieład.
Po kilku krokach Claus zatrzymał się i
odwrócił w stronę nastolatki.
- Jesteś za cenna, żeby umierać –
powiedział poważnie. – Ale powinnaś wiedzieć, ze mnie się nie odmawia. Więc się
zastanów – wysłał jej szyderczy uśmiech. – bo, ze tobie nie mogę nic zrobić,
nie znaczy, ze nie zrobię komuś innemu. No nie wiem, jak nazywał się ten
chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś?
- Jeśli go tkniesz… - syknęła Ruby, an co
otrzymała kolejny głośny śmiech ojca.
- John Temple, tak – zaśmiał się. –
Masz być gotowa z odpowiedzią, kiedy do ciebie przyjdę następnym razem.
Zastanów się nad tym dobrze, bo nie każde wampiry są nieśmiertelne..
Ruby spojrzała na niego z obrzydzeniem,
zanim odwrócił się zasłaniając ciało swoim płaszczem. W mgnieniu oka, tam gdzie
przed chwilą stał, nikogo już nie było.
Dziewczyna stała tak jeszcze wpatrując
się w cichą uliczkę. W jej uszach odbijał się głęboki śmiech Clausa oraz jego
słowa: Bo gdy przyjdzie na świat półkrwi,
trzy światy złożą jej pokłon, a wtedy jej serce pochłonie cały wszechświat, a
dusza wejdzie w każdą istotę z czterech światów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz