poniedziałek, 25 listopada 2013

Rozdział X ,,Błękit".



         Czarne oczy chłopaka zmierzyły Ruby od stóp po głowę. Między nimi powstała bariera niecałego metra, którą złamał czarnowłosy, gdy przybliżył się do dziewczyny.
         - Nicholas Bishop, mów mi Nick – powiedział podając dłoń nastolatce. Ta spojrzała na nią i niepewnie uścisnęła.
         - Ruby Mallory, mów mi – wywróciła oczami, unosząc kąciki ust do góry. – Ruby.
         Nick uśmiechnął się, ukazując dołeczek w policzku.
         - Więc mam cię teraz bronić, tak? – zapytał.
         Ruby stanęła przed murkiem. Oparła o niego ręce, przerzucając na nie swój ciężar. Usiadła na zimnych kamieniach zdobiących metrowy mur. Spojrzała prosto w oczy swojego towarzysza. Miały naprawdę głęboką czerń.
         - Siadaj – powiedziała klepiąc miejsce obok siebie.
         Nick zgodnie z jej poleceniem zajął wskazane miejsce.
         - Gabrielle to twoja matka? – zapytała Ruby, odwracając twarz do siedzącego obok Nicka.
         Jego oczy zmrużyły się lekko, gdy patrzył przed siebie na zachodzące słońce. Niebo miało różne barwy, zaczynając od błękitnego, po fiolet i róż, a kończąc na pomarańczy. Stara budowla, w której odbywała się rada, stała na końcu muru. Ścieżka prowadząca od drzwi ciągnęła się zawijasami, aż znikała za jednym z pagórków po sąsiedniej stronie. Nie było ani zimno, ani ciepło. Wiatr lekko otulał ich twarze.
         - Tak – odpowiedział, nie odwracając wzroku z zachodzącego słońca.
         Ruby kątem oka zerknęła na jego profil. Jego oczy okolone były bardzo długimi rzęsami, ciemne włosy tworzyły artystyczny nieład, a pełnie usta miał lekko otwarte.
         - Nie jest za młoda na radę? – zapytała siedemnastolatka. – Znaczy.. Wiesz, reszta uczestników ma chyba z setkę na karku..
         Kąciki jego ust powędrowały do góry. Odwrócił do niej głowę i spojrzał rozbawiony w jej oczy.
         - Szczerze, też mnie to dziwi – powiedział. – Ale twojej babci zależało, żeby trafiła do rady.
         - Czemu?
         Nick potrząsnął ramionami.
         - Królowa przyjaźniła się z moją babką. Gdy umarła, poprosiła moją mamę o dołączenie do rady. Wspominała cos o pochodzeniu i mocy.
         - Może wasza rodzina ma jakieś zdolności, które mogą się przydać?
         Nick ponownie ukazał dołeczek w policzku i pokiwał głową.
         - Możliwe – przytaknął szczerząc zęby. – ja na przykład fantastycznie gotuje.
         Ruby zachichotała.
         - Nie o to mi chodziło – powiedziała. – Ale skoro masz być teraz moim prywatnych ochroniarzem, chyba będę zmuszona spróbować, któregoś z twoich dań.
         Oboje się zaśmiali.
         Siedzieli teraz w ciszy. Ich wzrok skupiał się na zachodzącym słońcu. Rzadko można było spotkać tu taki widok. Pomarańczowa półkula na tle fioletowo-różowego nieba. Ogromne budynki Los Angeles wydawały się przy słońcu maciupeńkie. Ruby po raz pierwszy nie myślała o Clausie. Nikomu nie powiedziała o spotkaniu z nim i nie zamierzała tego robić. Ale teraz jej myśli skupiały się na mocach. Dawno nie używała magii. Ostatni raz było to wtedy, gdy sporządzała eliksir prawdy. Ale nie pamiętała kiedy rzucała jakieś zaklęcia.
         - Zawsze chciałam nauczyć się przenosić rzeczy bez ich dotykania – szepnęła wzdychając. – Prosiłam Amber żeby mnie nauczyła. Obiecała, ze kiedyś to zrobi, ale zawsze odkładała to na późniejsze terminy, aż w końcu.. – urwała. – To głupie..
         - Wcale nie jest głupie – powiedział Nick, odwracając twarz w stronę dziewczyny. – To bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza jak się jest już zmęczonym. Chociaż w sumie zawsze się przyda. Nawet do obrony..
         - Do obrony?
         - No tak – przytaknął. – Wyobraź sobie, że stoisz tak bezbronnie, sam na sam z kimś kogo się boisz – Ruby przeszedł dreszcz. Jej myśli znowu powędrowały do dnia, w którym spotkała Clausa. Bezbronna, sama, z kimś, kogo się boi..
         - No i gdy nie masz koło siebie żadnej rzeczy, którą mogłabyś się obronić – ciągnął chłopak. – to jedynym ratunkiem jest zdobycie broni. – Ruby przełknęła głośno ślinę. Przypomniała sobie jak szukała czegoś, czym mogłaby się bronić, ale w zasięgu wzroku znajdowały się tylko liście. – Wtedy skupiasz się na danej rzeczy i ją przywołujesz. Masz więcej szans na ratunek. No, ale to był tylko przykład.
         Źrenice oczu Ruby gwałtownie się powiększyły. Nie widziała tego, ale czuła. Może to częściowo dlatego, ze na dworze robiło się coraz ciemniej, a może przez fakt, że zdała sobie sprawę, ile jeszcze musi się nauczyć, by wygrać walkę z Clausem. Znała kilka zaklęć obronnych i atakujących. Ale były one zdecydowanie za słabe.
         Jej jedynym nauczycielem była Amber. Pokazała jej podstawy zaklęć. Ale nigdy nie miała czasu by pokazać cos jeszcze. A Ruby nigdy nie chciała tego. Nie zdawała sobie sprawy, jakie to może być przydatne, aż do teraz. Poczuła wstyd na samą myśl, że jako księżniczka Świata Czarownic nie ma zbyt wiele wiedzy na temat magii.
         - Ruby? – głos Nicka wybudził ją z zamyślenia.
         Dziewczyna podniosła na niego wzrok. Jego czarne oczy znajdowały się kilkanaście centymetrów od niej. Widziała w nich troskę.
         - Naucz mnie, Nick – szepnęła.
         Chłopak na ułamek sekundy wydawał się być zaskoczony, ale szybko kąciki jego ust powędrowały do góry.
         - Nie ma sprawy, księżniczko – powiedział lekko rozbawiony.
         - Mówię poważnie. Chce się nauczyć tego.. Tego i wielu innych rzeczy..
         - Na przykład? – zapytał unosząc brew w górę.
         - Na przykład rozpalać ogień bez pomocy zapałek, zmieniać pogodę z deszczu na śnieg lub z gradu na słońce, sprawiać, by drzewa szybciej rosły, a zwiędłe kwiaty znów tętniły życiem i zatańczyć z wodą taniec, w którym to ja będę prowadziła – odpowiedziała wyobrażając sobie wszystkie z sytuacji.
         Nick wpatrywał się w Ruby z zaciekawieniem.
         - Igrasz z żywiołami – powiedział cicho nie odrywając wzroku od oczy siedemnastolatki,
         - To źle? – zapytała równie cicho.
         Chłopak oderwał od niej wzrok i spojrzał na małe, pomarańczowe półkole. Niebo robiło się coraz ciemniejsze, wiatr coraz bardziej szalał, a temperatura znacznie zmalała.
         - Nie – odpowiedział. – to chyba dobrze. Znaczy.. – zawahał się. – wiesz, moja babka kiedyś mi mówiła o żywiołach. Ponoć każdy ma talent do jednego z nich. Powiedziała, że sama uważa, że woda stanowi jej największe zainteresowanie i najbardziej sobie z nią radzi. To już płynie w twojej krwi i nie da się tego zmienić. Jeden żywioł jest jakby twoją cząstką – westchnął. - Ale wiesz.. Ona lubiła różne historyjki, które opowiadała mi jak byłem dzieckiem. Myślę, ze to jedna z nich.
         - Brzmi całkiem racjonalnie – Ruby wzruszyła ramionami. – Ona uczyła cię magii? Twoja babka?
         - Tak – kiwnął głową. – Od dzieciństwa wpajała mi jakieś formułki zaklęć, uczyła łaciny i opowiadała różne legendy o walecznych czarodziejach.
         Ruby pomyślała, że sama nigdy tak nie miała. Wychowywała ją Amber, która poświęcała się bardziej Światu niż wnuczce. Wprawdzie nauczyła ja kilku zaklęć, ale o wiele mniej niż babka Nicholasa.
         - Wiec jak? – zapytała Ruby z nadzieją.
         Chłopak uśmiechnął się delikatnie.
         - Więc najpierw przesuwanie przedmiotów, tak?
         Ruby zaśmiała się cicho. Kiwnęła głową na znak, że zgadza się.
         - Kiedy pierwsza lekcja? – zapytała rozbawiona.
         Chłopak wyszczerzył zęby w uśmiechu i otworzył usta, by odpowiedzieć, ale w tej samej chwili ciężkie drzwi katedry otworzyły się. Naprzodzie stanęła Amber, jak zawsze z uniesioną głową. Za nią niska Cassandra i Gabriella. Ruby zauważyła, ze matka Nicka jedyna w radzie wygląda zdrowo i młodo, ze swoimi czarnymi, lśniącymi włosami, drobną twarzyczką i ciekawymi oczami. Za nią stało ośmiu innych czarowników i czarownic, wszyscy wpatrzeni w nastolatków.
         Ruby i Nick zeskoczyli z muru i skierowali się w stronę rady. Szli za nimi, na samym końcu w ciszy. Ciekawy dzień, pomyślała Ruby.



*


         Tej nocy Ruby nawiedził kolejny dziwny sen. Ale nie był taki jak poprzednie. Wydawał się być realny, prawdziwy, jakby dział się naprawdę właśnie w tej chwili. Siedemnastolatka nie była oglądaczem. Nie było tak, jak podczas snu, gdy widziała zabójstwo czarownicy. Tym razem ten sen był o niej samej. O Ruby.
         Szła ciemną uliczką. Księżyc zakrywały chmury, tak, że nie było żadnego oświetlenia w tym miejscu. Ale Ruby je poznawała. Uliczka, na której tydzień temu spotkała Clausa. Poznała to może po zarysach wysokich drzew, a może instynkt czarownicy podpowiadał jej o tym. Ale było inaczej. Wszystko przybrało czarny kolor. Nie było wiatru jak poprzednio. Panowała grobowa cisza, który od czasu do czasu przerywały kroki dziewczyny. Nie wiedziała dokąd iść, nie miała pojęcia co tu robi i co na nią tu czeka.
         I kiedy myślała, że nic się nie stanie dobiegł ją cichu, zachrypnięty głos. Ciarki przeszły wzdłuż kręgosłupa, a serce zamarło na ułamek sekundy.
         Ruby, Ruby…
         Odwróciła się na pięcie, w stronę, z której dobiegał szept. Ale nic, poza niewyraźnymi rysami drzew, nie zauważyła. Przerażało ją to, że nic nie widzi. Zupełnie jakby stała się niewidoma. Mrok nie był jej najlepszą stroną.
         Ruby…    
         Nie, pomyślała. Głos dochodził z zupełnie innej strony. Zwinnym ruchem odwróciła się w tę stronę, a znowu zastała ciemność. Żadnego ruchu.
         - Kim jesteś?! – krzyknęła. Wyczuła w swoim głosie strach i miała nadzieję, ze ten ktoś tego nie usłyszał.
         Na początku odpowiedziała jej głucha cisza. A potem tak nagle otoczył ją głęboki śmiech. Już nie przypominał szeptu, wręcz przeciwnie. Brzmiało to tak,  jakby śmiał się z naprawdę dobrego kawału. Ale Ruby wiedziała, że to coś chce wyprowadzić ją z równowagi. Nie dam się, pomyślała zaciskając dłonie w pięści, jakby wyrażała gest, że zamierza walczyć.
         - Pokaż się, tchórzu – syknęła. Śmiech odbijał się echem, ale robił się coraz bardziej cichu. Ruby kręciła się w kółko. Nie wiedziała, z której strony wyjdzie. Usłyszała jakiś szelest za sobą i gwałtownie się odwróciła. Ale tak jak się spodziewała, zobaczyła tylko czarną plamę nieba. I nagle znowu, ktoś za nią się poruszył. Odwróciła się wolniej, myśląc, że i tak zastanie tam tylko mrok. Ale się pomyliła.
         Na czarnym tle pojawiły się dwie plamy. Miały owalny kształt i kolor kości słoniowej, która świetnie kontrastowała z ciemnym niebem. Pomiędzy nimi znajdował się jeszcze kawałek mroku, ale nie były mocno oddalone od siebie
         Ruby próbowała zobaczyć coś jeszcze, ale jedyne co jej wzrok wychwycił to dwie, nieduże plamki. Zmrużyła oczy i nieświadoma zrobiła krok do przodu w ich stronę. Znowu panowała grobowa cisza. Ten kształt.. Oczy, pomyślała.
         Rzeczywiście, gdy podeszła nieco bliżej zdała sobie sprawę, ze dwie jasne plamki to zamknięte oczy. Wpatrywała się w nie z zaciekawieniem. Nie widziała rzęs, czyli musiały być czarne i utopiły się w kolorze nieba.
         - Otwórz – powiedziała Ruby starając się, by jej głos brzmiał stanowczo.
         Powieki lekko zamrugały, a po chwili gwałtownie otworzyły się.
         Ruby odskoczyła z przerażenia. Nie spodziewała się tego, co zobaczyła. Potrzebowała Kiku sekund, żeby do jej mózgu dotarło to, co ujrzała.
         Bo zamiast szarych oczu, przepełnionych złem i czymś, czego nie można opisać, zobaczyła, których spodziewała się zobaczyć, zobaczyła coś zupełnie innego.
         Błękitne oczy błyszczały niczym diamenty na ciemnym tle. Były piękne, a zarazem niepokojące. Te oczu Ruby pamiętała zupełnie inaczej. Nigdy nie widziała w nich pogardy i tego czegoś, co było w oczach Clausa. Ale to nie były szare oczy jej ojca. To były błękitne oczy kogoś innego. Kogoś, kogo Ruby ostatnio wzięła, za kogoś ważnego w jej życiu.
         Nie, to nie możliwe, pomyślała. Ale oczy lśniły i błyszczały niebezpiecznie, a chłód jaki w nich panował przeszywał Ruby, tak, ze poczuła gęsią skórkę na swoich ramionach.
         Ruby…
         Nie! Nie, słyszysz? Zostaw mnie! – krzyknęła. – Wiem, ze to ty Claus! Nie nabiorę się na to, próbuj czegoś innego! Jesteś tchórzem i głupcem, myśląc, ze w to uwierzę. Pokaż się, Claus, no pokaż. Pokaż prawdziwego siebie!
         Ale nic się nie zdarzyło. Nie wyszedł Claus, wpatrując się w Ruby swoimi szarymi oczami, tak jakby chciała teraz Ruby. Natomiast błękitne oczy zamrugały, jakby dawały jakiś znak, którego Ruby nie potrafiła odczytać.
         - Nie… - szepnęła, patrząc prosto w piękne oczy. – Nigdy się do ciebie nie przyłączę, Claus. Nigdy!
         I nagle błękitne oczy zamknęły się, a jasne plamki znikły. Ruby ogarnęła ciemność i głucha cisza.
Ruby…
         Obudziła się tak nagle, jak nagle zdała sobie sprawę, że to był tylko sen. Ciemna uliczka zamieniła się w nieoświetlony pokój, a tam, gdzie znajdowały się błękitne oczy stała lampa nocna, rozgałęziona jak drzewo. Szepty zamieniły się w wiatr, który wpadał do pokoju przez otwarte okno, kołysząc białe zasłony.
         Ruby uniosła się z łóżka i podeszła do okna. Zegar przy jej łóżku wskazywał 2:38. Przetarła zmęczone oczy, które ożywiły się pod wpływem zimnego wiatru muskającego twarz dziewczyny. Zamknęła okno wpatrując się w niebo. Nie było tak czarne jak w śnie. Może dlatego, że wielki bananowy księżyc oświetlał je, a może dlatego, iż było tyle jasnych gwiazd, które niemal zlewały się w jedną, dużą plamę. W każdym razie nie wydawał się tak przerażający jak sen. Sen, pomyślała Ruby i próbowała przypomnieć sobie każdy jego szczegół.
         - To był Claus – powiedziała cicho na głos, sama do siebie, jakby pomagało jej to pozbierać myśli. I jego słowa, które wypowiedział tydzień temu, gdy się spotkali: ,, Jak nazywał się ten chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś? John Temple, tak. Masz być gotowa z odpowiedzią, kiedy do ciebie przyjdę następnym razem. Zastanów się nad tym dobrze, bo nie każde wampiry są nieśmiertelne..”
         Włoski na karku zjeżyły się, a dreszcz przeszedł po plecach. Te oczy.. Claus nie pokazywał swoich oczu, pokazywał oczy Johna. Tak, tylko on ma takie błękitne, błyszczące jak diamenty, pomyślała Ruby. Manipuluje mną, powiedział jakiś głos w jej umyśle. On potrzebuje pomocy, odezwał się drugi.
         Prorocze sny, szepnął któryś z nich. Ruby zastanawiała się, co ten sen oznacza. Nie czuła już zmęczenia i nawet jeśli chciałaby zasnąć – nie udałoby się jej to. Czułą nagły przypływ adrenaliny, była pobudzona, jakby wypiła kilka filiżanek kawy. Nie mogła opanować trzęsienia i dygotania ciała. Nie ze strachu, ale z troski.
         A jeśli ten sen to oznaka? – zapytała głosem nieco głośniejszym niż szept. Mówiła na glos, jakby chciała, żeby nagle ktoś jej odpowiedział. Ale stała sama przy oknie, w swoim pokoju. Claus szepcący imię Ruby.. A może to John je szeptał? Nie widziała przecież postaci Clausa, ale czuła zło, które towarzyszyło jej w śnie. I widziała oczy Johna. A on przecież nie jest zły, pomyślała, nawet jako wampir, jest dobry.  To musiał być Claus. – Manipuluje mną – szepnęła przypominając sobie głos w jej umyśle. – Chce, żebym myślała, że to John jest tym złym.. Chce sprowadzić mnie na złą stronę, na jego stronę..
         Im bardziej się nad tym zastanawiała tym gorzej rozumiała. Błękitne oczy były przepełnione złem. Ale takie oczy nie istnieją. Nie ma ,,złych oczu Johna”. Nawet gdy chłopak zezłościł się na Ruby, jego oczu, choć wyrażały gniew, nie wyrażały zła. On był dobry..
         Dopiero ten sen uświadomił Ruby tak wiele. Wiedziała, ze to nie powinien być jego skutek, ale zrozumiała go inaczej niż miała.
         Wiedziała już co chce zrobić.
         Na bladoniebieską pidżamę zarzuciła skórzaną kurtkę. Założyła buty i chwyciła kluczyki samochodu. Powoli schodziła po schodach, omijając skrzypiące panele. Cicho ominęła salon. Gdy otworzyła drzwi wejściowe, od razu wiatr chlasnął jej twarz. Otrząsnęła się z zimna i wyszła na ciemną ulicę.
         Weszła do samochodu, przekręciła kluczyk w stacyjce i ruszyła w stronę jego domu.

2 komentarze:

  1. Co ona chce zrobic? Rozdzial genialny, czekam na nastepny! ;**

    OdpowiedzUsuń
  2. Te opowiadanie jest naprawde zajebiste czekam na następne części <3

    OdpowiedzUsuń